za-co-on-sie-obrazil blog

Twój nowy blog

Kłócimy się. Strasznie. Trudno powiedzieć o co, bo iskra, która sprawiła, że konflikt zapłonął pełną siłą, niewiele miała wspólnego z rzeczywistą przyczyną awantury.
Przerzucamy się zarzutami, atakujemy pretensjami. Jest fajnie, jest gorąco, jestem gotowa się rozwieść choćby dziś.

Ale przecież to normalne, że ludzie się ze sobą nie zgadzają i mój wrodzony rozsądek oraz nabyta mądrość każą podjąć próbę wyjaśnienia przyczyn sporu i możliwego załagodzenia tegoż.
Toteż wyjaśniam. Tłumaczę ślubnemu mężowi, dlaczego mówię, robię różne rzeczy, argumentuję logicznie swoje zarzuty, dowodzę, że wszystko da się jakoś załatwić, przekonuję, że wciąż mi na nim zależy oraz iż darzę go głębokim uczuciem…
W końcu zadaję pytanie.

Ja (pełna nadziei, otuchy i miłości, psiamać!): Rozumiesz, kochanie?

ON (bez cienia refleksji): Rozumiem, że masz mnie w dupie.

Powiedział, co wiedział.

Plama

5 komentarzy

Dzwoni mój telefon, więc odbieram i zaczynam rozmawiać. Bynajmniej, nie są to plotki, lecz konwersacja czysto informacyjna o charakterze medycznym. Udzielając porad z zakresu laryngologii dostrzegam pod stołem w jadalni plamę, której wcześniej tam nie było (takie rzeczy zdarzają się czasem w domach pełnych małych dzieci). Osobisty małżonek zwraca na nią uwagę dokładnie w tej samej chwili.

Plama okazuje się być rozlanym sokiem, a że podłogę pokrywa biały marmur, trzeba ją usunąć możliwie szybko. Toteż małżonek udaje się w kierunku wiadra z mopem, a ja, nie wiedzieć czemu, zostaję przy plamie, jakby trzeba jej było pilnować. Wciąż rozmawiam (jak dotąd, zdarzenie nie trwa dłużej niż kilkanaście sekund), nie do końca zatem rejestruję, co się wokół mnie dzieje, szczególnie, że podaję telefonicznemu rozmówcy nazwy leków, sposób dawkowania i inne informacje wymagające ode mnie minimum skupienia na temacie.

Małżonek wraca i z irytacją zaczyna zmywać plamę z podłogi, spode łba zerkając na mnie, wciąż uwiązaną do telefonu. W końcu nie wytrzymuje i wybucha.

ON: Musisz rozmawiać AKURAT teraz?!

Tknięta nagłym wyrzutem sumienia upewniam się, że udzieliłam swojemu rozmówcy wszystkich niezbędnych informacji i szybko kończę rozmowę.

Zwracam się ku mężowi, skora do pomocy.

Ja: Już. Co mam zrobić?
ON: Nic.  

Ach tak. Nie mogłam rozmawiać przez telefon, bo przeszkadzało mi to w podziwianiu precyzyjnych ruchów mopa sterowanego utalentowanym bicepsem małżonka. Jak to dobrze, że mam męża, który tak bardzo troszczy się o moje doznania estetyczne…

Pomyłka

3 komentarzy

Ja (składając stertę prania w równą kosteczkę): Kochanie, zrób porządek na stole w pokoju, proszę…

Ponieważ niefortunny zbieg okoliczności jak co dzień sprawił, że ilość domowych zadań przekracza wydolność piłkarskiej drużyny, gdy widzę, że małżonek beztrosko zasiada do gry, próbuję go zaangażować do celów bardziej przyziemnych i bynajmniej nie militarnych. W przeciwnym razie zostanę zmuszona zgłosić się do ośrodka prowadzącego jakieś eksperymentalne transplantacje i doczepić sobie kilka par rąk, względnie się sklonować.

ON (o dziwo bez złości): Już sprzątam.

Po czym wprawnie sprząta z mapy na monitorze komputera całą dywizję przeciwnika. Stół w pokoju, zajęty przez wrogie zabawki, kredki, bloki rysunkowe i kubki z Buzzem Astralem, pozostaje nietknięty.

Ja (po jakimś czasie, wciąż przy tej samej czynności): Kochanie, proszę cię, posprzątaj ten stół!

Słyszę westchnienie.

ON: Już, za chwilę sprzątnę!

Mija jeszcze jakiś czas, gdy nagle ON wkracza do pokoju, w którym prowadzę swoją działalność porządkową.

ON (z odcieniem dumy w głosie): Skończyłem grać, zapaliłem, posprzątałem stół w kuchni…

Upewniam się, że się nie przesłyszałam. Chyba wiem, gdzie był bałagan, a gdzie go nie było…

Ja: Stół w kuchni? Miałeś posprzątać na stole w pokoju…

ON (po chwili zdumionego milczenia): Ja pier#%ę, pomyliłem stoły!

Niby oczy ma, mózg prawie identyczny z moim, a jednak to mieszkaniec innej planety, jak Boga kocham.

Mężczyzna, którego sobie wybrałam na życie, nie lubi załatwiać spraw przez telefon. Być może trafniejszym nawet byłoby powiedzieć: mężczyzna, którego sobie wybrałam na życie, nie lubi załatwiać spraw.

Grunt, że gdy przychodzi do załatwienia jakiejś sprawy – i gdy zadanie jest z racji swojego charakteru i kontekstu przypisane właśnie jemu – zaczynają się schody i zgrzyty.

Kiedy mogę, wyręczam go w tym procederze, ale ponieważ jestem sobą, a nie nim, nie każdą rzecz załatwić w jego imieniu mogę.

I tak któregoś dnia ON prosi mnie o wykonanie telefonu do znajomej z innego miasta z prośbą, by przekazała mu przez inną znajomą pewną przesyłkę.
Dzwonię, lecz by nie zrobić złego wrażenia, dzielę się przy okazji najnowszymi ploteczkami. Dowiaduję się też, że ktoś niezbyt sympatyczny szukał kontaktu z moim małżonkiem w nie do końca wiadomym celu.

Co, przy najbliższej nadarzającej się okazji, mu przekazuję. W chwili jednak przekazywania widzę już, jak straszny popełniłam błąd, gdyż ON robi się jakby nieco purpurowy i nagle zaczyna rzucać większy cień. Niestety, na mnie. Ponieważ wydaje z siebie serię niezidentyfikowanych dźwięków, pytam zaniepokojona, czy coś się stało…

ON (z dużą dozą niechęci, że użyję takiego eufemizmu): Mogłabyś czasem przekazać mi jakąś DOBRĄ wiadomość dla odmiany!

Ty taki szmaki owaki, myślę wściekła, codziennie dostajesz całą serię dobrych wiadomości, których nawet nie raczysz skomentować, ale przezornie nie wypowiadam tego na głos. Jednak zupełnie nierozważnie postanawiam się odezwać…

Ja: Wyjaśnijmy sobie pewne niejasności. Mam ci NIE przekazywać wiadomości?

Myślę sobie, że teraz usłyszę coś mądrego, dostrzegę błysk refleksji w jego oczach. Ale nie.

ON: Masz mi przekazywać, ale najpierw masz je WERYFIKOWAĆ. Od razu chcę wiedzieć, czego chce ode mnie ta osoba, a nie, że tylko mnie szuka.

Moje próby wyjaśnienia, że możliwości weryfikacji przeze mnie pewnych faktów są dość ograniczone, spełzają na niczym. Oczywiście.
Rozważam zatrudnienie sekretarki dla mojego męża. Tak, to jest ogłoszenie w sprawie pracy. Wakat aktualny.

I na nic mi późnowieczorne wyznanie: wiesz, jaki miałem okropny dzień w pracy. Siwe włosy nie dają się pokryć byle jaką farbą.

Jednak, niczym Pollyanna, znajduję dobrą stronę zdarzenia: jakie to szczęście, że nie żyję w miejscu i czasie, gdy posłańca przynoszącego złe wieści po prostu skracano o głowę.

Szef

1 komentarz

Po dłuższym czasie funkcjonowania na arenie zawodowej w charakterze wolnego strzelca, wracam na etat. Etat charakteryzuje się tym, że wraz z umową o pracę dostaje się przełożonego.

Mój przełożony zaś charakteryzuje się tym, że jest osobą pozbawioną wszelkich zasad, za to nie pozbawioną talentu demagoga, co czyni go dość bezkarnym w małym światku, w jakim się obraca. Bezkarnym również z zadziwiającego punktu widzenia instytucji stojących na straży praw pracowniczych, które to prawa mój szef łamie tak namiętnie, że podejrzewam go o całkowity brak innych zainteresowań i pasji.

Choć i moje, jako pracownika, prawa były w owym czasie nagminnie łamane, to piastowane przeze mnie odpowiedzialne stanowisko nie pozwalało mi na ich dochodzenie bez szkody dla wykonywanej pracy. Praca natomiast, choć ponad miarę absorbująca i czasochłonna, dawała mi mnóstwo satysfakcji (co w pewnym sensie rekompensowało fakt, iż nie dawała niemal żadnych pieniędzy), ale też możliwości.

Możliwości wykorzystywałam do zabiegów mających na celu utrzymanie w ślubnym przekonania, że zajmując się dziećmi, jako strażnik domowego ogniska, nie jest jednostką bezużyteczną, pozbawioną cech męskich, a nawet ludzkich, lecz pełnowartościowym obywatelem płci męskiej, przydatnym, a wręcz niezbędnym do wykonywania pewnych zadań.

Toteż angażowałam go w projekty, kontaktowałam z ludźmi i urzędami, oddawałam pole, gdy temat wiązał się z jego zainteresowaniami. Jednym słowem zabawiłam się w typową żonę-polkę, której pomyliły się życiowe role.

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko fakt, że chciałam dobrze. Ale wszyscy wiemy, czym wybrukowane są piekielne korytarze…

Któregoś dnia, po szczególnie męczącym dniu, przekonałam się, jaka jest cena takiej postawy.

ON (złośliwie ponad miarę): Dlaczego twój szefuńcio nie odbiera mojego telefonu?

Spoglądam na niego z wyrazem twarzy zdradzającym ilość aktywnych szarych komórek w ilości sztuk trzech (to był naprawdę ciężki dzień).

ON (powtarza, dorzucając kolejną dawkę jadu): Pytam, dlaczego twój szef odrzuca moje połączenia?

Ja (wciąż niezbyt rozgarnięta): Pytasz … mnie?

ON (zniecierpliwiony): Tak, ciebie, a widzisz tu kogoś jeszcze?

Ja nie, ale może ON widzi…

Ja (beznadziejnie szukając ratunku w logice): Ale dlaczego właśnie mnie?… Czy ja jestem matką, która go urodziła i wychowała, nie wpajając mu zasad dobrego wychowania, również w zakresie telekomunikacji? Skąd akurat ja mam wiedzieć, dlaczego on nie obiera telefonu od ciebie?!

ON (prychając na ten oczywisty truizm): Bo to twój szef!

Popukałam się w głowę, co nie było szczególnie mądrym posunięciem w świetle późniejszych wydarzeń.

Porada dla osób aktywnych zawodowo i pozostających jednocześnie w związkach: bądźcie pracodawcami, nie pracownikami. Odpowiedzi na niektóre pytania będą dużo łatwiejsze.

No to… wracamy!

Kilka dni temu, podczas sezonowych prac w ogródku, ON zamachnął się kilofem. W tym samym czasie wiatr machnął moją suszącą się na sznurze bluzką tak niefortunnie, że spotkała się z rozpędzonym kilofem w połowie drogi.

I choć ON obawiał się mojej reakcji, przyznał, że jest autorem nieplanowanego otworu w cętkowanym wzorku na bluzce. Przeżyłam, przebolałam, obmyśliłam sposób naprawy.

Gdy dziś poprosiłam męża, by przyniósł mi przybornik, ON zamarudził, więc wypomniałam mu powód zapotrzebowania na narzędzia krawieckie.

Ja: Wiesz, gdybyś nie nadział mojej sztuki garderoby na kilof, nie musiałabym Cię prosić…

ON (jadowicie): Ty się ciesz, że nie byłaś wtedy w tej bluzce…

I oto mam kolejny powód do radości!

Skumulowaliśmy się z mężem w naszej niewielkiej łazience i oglądamy się w lustrach.

Ja: Boże, jaka jestem stara. Dlaczego nie mogę wyglądać tak, jak dziesięć lat temu?
ON: No coś ty, świetnie wyglądasz. Ja to jestem stary…
Ja: Teraz wyglądasz o niebo lepiej, niż osiem lat temu, gdy cię poznałam. Ludzie dają ci dziesięć lat mniej, niż masz naprawdę!
ON: Bzdura! Właśnie, że wyglądam gorzej! Osiem lat temu stada lasek się z mną uganiały.

I wzdycha tęsknie. Robię w pamięci przegląd stosownych okoliczności. I „lasek”.

Ja: Nooo. A teraz się mnie boją!
ON (przyglądając mi się z wielką uwagą): Myślisz, że to dlatego, że taka straszna jesteś?

Taaak. To by tłumaczyło tę przedziwną regułę, że brzydkie żony rzadko bywają zdradzane.
Szczęście w nieszczęściu.

Po konkursie na Blog Roku pozostało niniejszym tylko wspomnienie. Szanowne i doświadczone Jury zdemaskowało mnie jako Sfrustrowaną Furiatkę, a Redakcja konkursu specjalnie dla mnie miała stworzyć nową kategorię oznaczoną nieprzypadkowo”SF”. SF między innymi dlatego, że na cud zakrawa, że jeszcze żyję, zamiast od dawna leżeć zabita po sześciokroć (jak w dzisiejszym odcinku Monka): uduszona, otruta, zadźgana, zastrzelona, przejechana samochodem i… co tam jeszcze było? W każdym razie cud ów uznano za fikcję, a mnie za upiora, który z definicji występuje zza grobu.

Postanowiłam zatem podsumować dotychczasową działalność, prezentując specjalnie dla Was parę głosów poparcia, na jakie trafiłam, przeglądając miejsca, w których mój mąż zachęcał do oddania na mnie głosu.
Wybrał portale tematyczne niemal w stu procentach opanowane przez mężczyzn, co nasuwa pewne podejrzenie, że w tej chwili prowadzi za pomocą e-maila tajną korespondencję mającą na celu skrzyknięcie kilku chłopaków, coby pokazać mi, gdzie dokładnie raki zimują lub zapoznać z innymi przyrodniczymi faktami.

A oto wybrane cytaty (zachowuję oryginalną pisownię, stosując opcję kopiuj-wklej):

1. a czeg to nie ma ttulu:
„z pamietnika furiatki” ?
sorry
myslalem ze jestem tolerancyjny ale po przeczyaniu tego stwierdzam ze wole byc meska szowinistyczna swina

2.
Szczerze mówiąc to uśmiech ni razu nie zagościł na mojej twarzy. Wzbudził jedynie trochę wspólczucia dla losu tego gościa.

3. Gdybym byl wredny, to bym napisal, ze 25 lat to wcale nie tak dlugo jak sie moze na poczatku wydawac i sam zobaczysz ze zleci jak z bicza pociagnal.


Ten ostatni jest moim faworytem. Pisze z ZK.

Gdy zaczynałam pisać ten blog, nie miałam pojęcia, że wywoła tak silne emocje. Zarówno u kobiet („rzuć go!”), jak i mężczyzn („rzuć ją!”). Naiwnie wierzyłam, że Czytelnicy będą się bawić tak dobrze, jak ja – pisząc. Wydawało mi się, że temat narzucony tytułem blogu będzie wystarczającym wytłumaczeniem jego zawartości, spełniającej określone nazwą kryteria. Nie zauważyłam, by na blogach z przepisami kulinarnymi domagano się od autorów sprawozdań z pożycia intymnego.

Niestety, mnie systematycznie się nakłania, bym przyznała, że „ON” nie jest taki zły i podała tego przykłady.

Nic z tego, Kochani. „ON” jest taki zły. Dlatego właśnie powstał. Jest Frankensteinem złożonym ze wszystkich najgorszych cech moich życiowych partnerów. I moich. Jest tak potworny, że aż śmieszny. Zupełnie jak Wasza

Autorka

Reszta

13 komentarzy

Jesteśmy z dziećmi u pediatry wieczorową porą. Lekarz, cud-człowiek, ma dla nas dużo czasu. Dokładnie bada chłopców, rozmawia z nimi i z nami. Daje dokładne instrukcje, poświęca nam uwagę. Ale Młodszemu się to nie podoba. Jest zmęczony i chce spać. Jeść i spać. NATYCHMIAST. (Ma to po ojcu.)
Wizytę kończymy przy akompaniamencie wrzasków Młodszego, który chce iść, protestów Starszego, który nie chce iść, bo świetnie się bawi i telefonu doktora, bo epidemia grypy w rozkwicie.

Już w samochodzie Ojciec Moich Dzieci zadaje pytanie, które błąka mi się po głowie od dłuższej chwili.

ON: Czy doktor wydał ci resztę?

Nie wiem.

Ja: Nie wiem.

Chyba nie, bo zadzwonił jego telefon i utknął z rękami w szufladzie, a my w tym czasie wychodziliśmy, a potem skończył rozmawiać i jeszcze chwilę w drzwiach mówiliśmy o atopowym zapaleniu skóry, dzieci krzyczały, ja się denerwowałam, bo w poczekalni czekało dziecko z grypą, a nasze dzieci zdrowie, więc mogły złapać i…

Ja: Chyba nie, bo zadzwonił telefon

Ojciec Moich Dzieci prycha wściekle.

ON: I trzy dychy poszły…

Poszły nie poszły, ciekawe, dlaczego ON się nie upomniał o resztę, skoro był tam ze mną.

W domu, gdy dzieci jedzą kolację, my nadal się kłócimy. Nie mogę się pogodzić z jawną niesprawiedliwością, nie czuję się winna.

Ja: Dlaczego się na mnie wściekasz?
ON: Wściekam się na siebie, bo dałem ci pieniądze. A pieniądze się ciebie nie trzymają.

Otwierają mi się w kieszeni wszystkie scyzoryki, a nawet futerał z nożyczkami do paznokci.

Ja (wyciągam z torebki najcięższe działo i celuję mu prosto w plecy, bo właśnie wspina się na schody, byle jak najdalej ode mnie): Oczywiście. Nie zauważyłam jednak, byś wściekał się na siebie za każdym razem, gdy kupujesz kolejną paczkę papierosów. Przeliczymy, ile kasy miesięcznie nie trzyma się ciebie?

ON zamiera w połowie schodów i powoli odwraca się w moją stronę. Dziurę w plecach zrobiłam mu tym strzałem na wylot, przez otwór widzę ścianę za nim. Odda mi jakąś bezlitosną ripostą?
Ale on tam stoi i patrzy na mnie, choć bez cienia sympatii. Zupełnie nie wiem, dlaczego bez choćby cienia, w końcu jestem jego żoną. Ukochaną.
Patrzy.
Patrzy.

Może liczy te pieniądze zmarnowane na fajki?


  • RSS