"ON" jest zły. Dlatego właśnie powstał. Jest Frankensteinem złożonym ze wszystkich najgorszych cech moich życiowych partnerów. I moich. Jest tak potworny, że aż śmieszny. Zupełnie jak ... ja.



skrytka

skargi i wnioski



2011
luty
2010
listopad
październik
wrzesień
sierpień
2009
październik
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
październik
wrzesień
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
marzec
luty
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
luty
2005
grudzień
listopad
październik
sierpień
czerwiec
kwiecień
styczeń
2004
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik







Poważanie

Kłócimy się. Strasznie. Trudno powiedzieć o co, bo iskra, która sprawiła, że konflikt zapłonął pełną siłą, niewiele miała wspólnego z rzeczywistą przyczyną awantury.
Przerzucamy się zarzutami, atakujemy pretensjami. Jest fajnie, jest gorąco, jestem gotowa się rozwieść choćby dziś.

Ale przecież to normalne, że ludzie się ze sobą nie zgadzają i mój wrodzony rozsądek oraz nabyta mądrość każą podjąć próbę wyjaśnienia przyczyn sporu i możliwego załagodzenia tegoż.
Toteż wyjaśniam. Tłumaczę ślubnemu mężowi, dlaczego mówię, robię różne rzeczy, argumentuję logicznie swoje zarzuty, dowodzę, że wszystko da się jakoś załatwić, przekonuję, że wciąż mi na nim zależy oraz iż darzę go głębokim uczuciem...
W końcu zadaję pytanie.

Ja (pełna nadziei, otuchy i miłości, psiamać!): Rozumiesz, kochanie?

ON (bez cienia refleksji): Rozumiem, że masz mnie w dupie.

Powiedział, co wiedział.

Lilka 2011-02-18 23:10:12
skomentuj (20)


Plama

Dzwoni mój telefon, więc odbieram i zaczynam rozmawiać. Bynajmniej, nie są to plotki, lecz konwersacja czysto informacyjna o charakterze medycznym. Udzielając porad z zakresu laryngologii dostrzegam pod stołem w jadalni plamę, której wcześniej tam nie było (takie rzeczy zdarzają się czasem w domach pełnych małych dzieci). Osobisty małżonek zwraca na nią uwagę dokładnie w tej samej chwili.

Plama okazuje się być rozlanym sokiem, a że podłogę pokrywa biały marmur, trzeba ją usunąć możliwie szybko. Toteż małżonek udaje się w kierunku wiadra z mopem, a ja, nie wiedzieć czemu, zostaję przy plamie, jakby trzeba jej było pilnować. Wciąż rozmawiam (jak dotąd, zdarzenie nie trwa dłużej niż kilkanaście sekund), nie do końca zatem rejestruję, co się wokół mnie dzieje, szczególnie, że podaję telefonicznemu rozmówcy nazwy leków, sposób dawkowania i inne informacje wymagające ode mnie minimum skupienia na temacie.

Małżonek wraca i z irytacją zaczyna zmywać plamę z podłogi, spode łba zerkając na mnie, wciąż uwiązaną do telefonu. W końcu nie wytrzymuje i wybucha.

ON: Musisz rozmawiać AKURAT teraz?!

Tknięta nagłym wyrzutem sumienia upewniam się, że udzieliłam swojemu rozmówcy wszystkich niezbędnych informacji i szybko kończę rozmowę.

Zwracam się ku mężowi, skora do pomocy.

Ja: Już. Co mam zrobić?
ON: Nic.  

Ach tak. Nie mogłam rozmawiać przez telefon, bo przeszkadzało mi to w podziwianiu precyzyjnych ruchów mopa sterowanego utalentowanym bicepsem małżonka. Jak to dobrze, że mam męża, który tak bardzo troszczy się o moje doznania estetyczne...



Lilka 2010-11-08 13:00:14
skomentuj (3)


Pomyłka

Ja (składając stertę prania w równą kosteczkę): Kochanie, zrób porządek na stole w pokoju, proszę...

Ponieważ niefortunny zbieg okoliczności jak co dzień sprawił, że ilość domowych zadań przekracza wydolność piłkarskiej drużyny, gdy widzę, że małżonek beztrosko zasiada do gry, próbuję go zaangażować do celów bardziej przyziemnych i bynajmniej nie militarnych. W przeciwnym razie zostanę zmuszona zgłosić się do ośrodka prowadzącego jakieś eksperymentalne transplantacje i doczepić sobie kilka par rąk, względnie się sklonować.

ON (o dziwo bez złości): Już sprzątam.

Po czym wprawnie sprząta z mapy na monitorze komputera całą dywizję przeciwnika. Stół w pokoju, zajęty przez wrogie zabawki, kredki, bloki rysunkowe i kubki z Buzzem Astralem, pozostaje nietknięty.

Ja (po jakimś czasie, wciąż przy tej samej czynności): Kochanie, proszę cię, posprzątaj ten stół!

Słyszę westchnienie.

ON: Już, za chwilę sprzątnę!

Mija jeszcze jakiś czas, gdy nagle ON wkracza do pokoju, w którym prowadzę swoją działalność porządkową.

ON (z odcieniem dumy w głosie): Skończyłem grać, zapaliłem, posprzątałem stół w kuchni...

Upewniam się, że się nie przesłyszałam. Chyba wiem, gdzie był bałagan, a gdzie go nie było...

Ja: Stół w kuchni? Miałeś posprzątać na stole w pokoju...

ON (po chwili zdumionego milczenia): Ja pier#%ę, pomyliłem stoły!

Niby oczy ma, mózg prawie identyczny z moim, a jednak to mieszkaniec innej planety, jak Boga kocham.

Lilka 2010-11-05 00:48:30
skomentuj (3)


Jakie to szczęście

Mężczyzna, którego sobie wybrałam na życie, nie lubi załatwiać spraw przez telefon. Być może trafniejszym nawet byłoby powiedzieć: mężczyzna, którego sobie wybrałam na życie, nie lubi załatwiać spraw.

Grunt, że gdy przychodzi do załatwienia jakiejś sprawy - i gdy zadanie jest z racji swojego charakteru i kontekstu przypisane właśnie jemu - zaczynają się schody i zgrzyty.

Kiedy mogę, wyręczam go w tym procederze, ale ponieważ jestem sobą, a nie nim, nie każdą rzecz załatwić w jego imieniu mogę.

I tak któregoś dnia ON prosi mnie o wykonanie telefonu do znajomej z innego miasta z prośbą, by przekazała mu przez inną znajomą pewną przesyłkę.
Dzwonię, lecz by nie zrobić złego wrażenia, dzielę się przy okazji najnowszymi ploteczkami. Dowiaduję się też, że ktoś niezbyt sympatyczny szukał kontaktu z moim małżonkiem w nie do końca wiadomym celu.

Co, przy najbliższej nadarzającej się okazji, mu przekazuję. W chwili jednak przekazywania widzę już, jak straszny popełniłam błąd, gdyż ON robi się jakby nieco purpurowy i nagle zaczyna rzucać większy cień. Niestety, na mnie. Ponieważ wydaje z siebie serię niezidentyfikowanych dźwięków, pytam zaniepokojona, czy coś się stało...

ON (z dużą dozą niechęci, że użyję takiego eufemizmu): Mogłabyś czasem przekazać mi jakąś DOBRĄ wiadomość dla odmiany!

Ty taki szmaki owaki, myślę wściekła, codziennie dostajesz całą serię dobrych wiadomości, których nawet nie raczysz skomentować, ale przezornie nie wypowiadam tego na głos. Jednak zupełnie nierozważnie postanawiam się odezwać...

Ja: Wyjaśnijmy sobie pewne niejasności. Mam ci NIE przekazywać wiadomości?

Myślę sobie, że teraz usłyszę coś mądrego, dostrzegę błysk refleksji w jego oczach. Ale nie.

ON: Masz mi przekazywać, ale najpierw masz je WERYFIKOWAĆ. Od razu chcę wiedzieć, czego chce ode mnie ta osoba, a nie, że tylko mnie szuka.

Moje próby wyjaśnienia, że możliwości weryfikacji przeze mnie pewnych faktów są dość ograniczone, spełzają na niczym. Oczywiście.
Rozważam zatrudnienie sekretarki dla mojego męża. Tak, to jest ogłoszenie w sprawie pracy. Wakat aktualny.

I na nic mi późnowieczorne wyznanie: wiesz, jaki miałem okropny dzień w pracy. Siwe włosy nie dają się pokryć byle jaką farbą.

Jednak, niczym Pollyanna, znajduję dobrą stronę zdarzenia: jakie to szczęście, że nie żyję w miejscu i czasie, gdy posłańca przynoszącego złe wieści po prostu skracano o głowę.



Lilka 2010-10-01 08:24:14
skomentuj (13)


Szef

Po dłuższym czasie funkcjonowania na arenie zawodowej w charakterze wolnego strzelca, wracam na etat. Etat charakteryzuje się tym, że wraz z umową o pracę dostaje się przełożonego.

Mój przełożony zaś charakteryzuje się tym, że jest osobą pozbawioną wszelkich zasad, za to nie pozbawioną talentu demagoga, co czyni go dość bezkarnym w małym światku, w jakim się obraca. Bezkarnym również z zadziwiającego punktu widzenia instytucji stojących na straży praw pracowniczych, które to prawa mój szef łamie tak namiętnie, że podejrzewam go o całkowity brak innych zainteresowań i pasji.

Choć i moje, jako pracownika, prawa były w owym czasie nagminnie łamane, to piastowane przeze mnie odpowiedzialne stanowisko nie pozwalało mi na ich dochodzenie bez szkody dla wykonywanej pracy. Praca natomiast, choć ponad miarę absorbująca i czasochłonna, dawała mi mnóstwo satysfakcji (co w pewnym sensie rekompensowało fakt, iż nie dawała niemal żadnych pieniędzy), ale też możliwości.

Możliwości wykorzystywałam do zabiegów mających na celu utrzymanie w ślubnym przekonania, że zajmując się dziećmi, jako strażnik domowego ogniska, nie jest jednostką bezużyteczną, pozbawioną cech męskich, a nawet ludzkich, lecz pełnowartościowym obywatelem płci męskiej, przydatnym, a wręcz niezbędnym do wykonywania pewnych zadań.

Toteż angażowałam go w projekty, kontaktowałam z ludźmi i urzędami, oddawałam pole, gdy temat wiązał się z jego zainteresowaniami. Jednym słowem zabawiłam się w typową żonę-polkę, której pomyliły się życiowe role.

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko fakt, że chciałam dobrze. Ale wszyscy wiemy, czym wybrukowane są piekielne korytarze...

Któregoś dnia, po szczególnie męczącym dniu, przekonałam się, jaka jest cena takiej postawy.

ON (złośliwie ponad miarę): Dlaczego twój szefuńcio nie odbiera mojego telefonu?

Spoglądam na niego z wyrazem twarzy zdradzającym ilość aktywnych szarych komórek w ilości sztuk trzech (to był naprawdę ciężki dzień).

ON (powtarza, dorzucając kolejną dawkę jadu): Pytam, dlaczego twój szef odrzuca moje połączenia?

Ja (wciąż niezbyt rozgarnięta): Pytasz ... mnie?

ON (zniecierpliwiony): Tak, ciebie, a widzisz tu kogoś jeszcze?

Ja nie, ale może ON widzi...

Ja (beznadziejnie szukając ratunku w logice): Ale dlaczego właśnie mnie?... Czy ja jestem matką, która go urodziła i wychowała, nie wpajając mu zasad dobrego wychowania, również w zakresie telekomunikacji? Skąd akurat ja mam wiedzieć, dlaczego on nie obiera telefonu od ciebie?!

ON (prychając na ten oczywisty truizm): Bo to twój szef!

Popukałam się w głowę, co nie było szczególnie mądrym posunięciem w świetle późniejszych wydarzeń.

Porada dla osób aktywnych zawodowo i pozostających jednocześnie w związkach: bądźcie pracodawcami, nie pracownikami. Odpowiedzi na niektóre pytania będą dużo łatwiejsze.

Lilka 2010-09-07 23:19:16
skomentuj (1)


Najwyższy czas

No to... wracamy!

Lilka 2010-08-21 02:56:42
skomentuj (6)


Życie jest piękne

Kilka dni temu, podczas sezonowych prac w ogródku, ON zamachnął się kilofem. W tym samym czasie wiatr machnął moją suszącą się na sznurze bluzką tak niefortunnie, że spotkała się z rozpędzonym kilofem w połowie drogi.

I choć ON obawiał się mojej reakcji, przyznał, że jest autorem nieplanowanego otworu w cętkowanym wzorku na bluzce. Przeżyłam, przebolałam, obmyśliłam sposób naprawy.

Gdy dziś poprosiłam męża, by przyniósł mi przybornik, ON zamarudził, więc wypomniałam mu powód zapotrzebowania na narzędzia krawieckie.

Ja: Wiesz, gdybyś nie nadział mojej sztuki garderoby na kilof, nie musiałabym Cię prosić...

ON (jadowicie): Ty się ciesz, że nie byłaś wtedy w tej bluzce...

I oto mam kolejny powód do radości!

Lilka 2009-04-24 21:32:22
skomentuj (12)


Wydanie specjalne
a

Niezbędnik
Ściąga
Od kuchni

Babiniec
Intymnie
Rodzinka
Bunny
Aphrael
Wzajemnie
Na cały dzień

Bez cenzury
Wielka Księga Chichotów
Białe Kozaczki
W mordę

Po znajomości
Calamity
Pierniczenie
Pod psią i kocią łapą
Karat

Lektury prawie obowiązkowe
Elka gra
Zimno
Reklamożercy
Flesh & blood
Na językach
Paszczur
Matka opiernicza
Mama marudzi


{smscontact}
© design by indiansummer