za-co-on-sie-obrazil blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2002

Nocne tankowanie

7 komentarzy

Dzwonię do niego wieczorem. Akurat się pakuje – takie przedsenne czynności. Ucinamy sobie półsenne pogaduchy.
Zupełnie przypadkiem i bez powodu dzwonię do niego jakieś 40 minut później. Słyszę, że jedzie samochodem.

Ja: Gdzie jesteś?
ON: Jadę zatankować.
Ja: Po co tankować przed snem? TYLKO zatankować?
ON: No tak, tylko. Żeby jutro nie tankować.

Chwilę później przyznaje, że jedzie do pubu.

Reszta dialogu mogłaby wyglądać tak:

ON (obrażony): Czemu się czepiasz?
Ja (dotknięta): Po cholerę z założenia kłamiesz?

Wyglądała troszkę inaczej. ;-)

Trapped ;-)

4 komentarzy

Dzwonię do niego z telefonu stacjonarnego. Nie wyświetli mu się numer, bo to stara centrala i komunikat brzmi po prostu „numer prywatny”. Mieszkamy w różnych miastach, przyjeżdża do mnie w każdy weekend od roku. Teraz jest środek tygodnia. Dzwonię ot tak, żeby go usłyszeć.

Ja: No cześć…
ON ( z wyraźną radością): Zrobiłem zakupy! Już do ciebie jadę!
Ja: Yyyy… jak to? Tak? Ojej, super!
ON: Yyyy… Nooo…
Ja: A o której będziesz? I co się stało, że jedziesz do mnie w środku tygodnia?
ON: Yyyy… to znaczy, nie, nie jadę…
Ja (oświecona gwałtownie): Myślałeś, że rozmawiasz z kimś innym, tak?
Nie poznałeś mnie???

ON: Yyyy… nooo…

Reszty rozmowy nie przytoczę. To już nie było zabawne.

10 minut

4 komentarzy

Rozmowa telefoniczna:
Ja (z pracy): Słuchaj, ktoś przyszedł, muszę kończyć. Oddzwonię za 10 minut.

Kilka godzin później.
Dzwonię do niego.
ON: Ach tak. Więc to jest 10 minut.
Ja: Oj, przestań, nie mogłam wcześniej, miałam kupę roboty.
ON: Czy ja coś mówię? Tylko CZEKAŁEM KILKA GODZIN, aż zadzwonisz.
Ja: To nie mogłeś zadzwonić do mnie?
ON: Powiedziałaś, że zadzwonisz za 10 minut.
Ja: No tak, ale jak minęło 15 minut, to mogłeś się chociaż zaniepokoić. A może coś mi się stało?
ON:…
ON: Czekałem kilka godzin, dobrze wiedzieć, co dla ciebie oznacza 10 minut.

Uups.

Uciekająca panna młoda

1 komentarz

Ślub odbył się bez większych wpadek. A że wesele przygotowywaliśmy sami, na dziko (czyli z dzikiem) w leśniczówce, to między ślubem a imprezą czas był wypełniony na maksa.
Zamówiliśmy autokar, który spod naszego domu miał zabrać gości na wesele w lesie.
O ustalonej godzinie podjechał autokar i zaczęli się schodzić goście. Lato, upał, goście zasiadają w nagrzanym od słońca pojeździe. Pan młody pojechał po DJa i bigos i całą tę gromadę miał zawieźć na miejsce, a potem wrócić po panią młodą, czyli po mnie. Dałam mu swoją komórkę, żeby był uchwytny i podjęłam się wysłania autokaru z gośćmi weselnymi, gdzie trzeba.
Zeszli się wszyscy, poza rodziną pana młodego. Wiedząc, że u nich spóźnialstwo jest przekazywane w genach, czekaliśmy cierpliwie – goście i ja. Po trzydziestu minutach cierpliwość zaczęła słabnąć, a upał nie. Po czterdziestu minutach czerwoni byliśmy już nie tylko od temperatury.
Po czterdziestu pięciu minutach zaczęłam poszukiwania numerów telefonów do sąsiadów mojej świeżo nabytej, nie-posiadającej-telefonu rodziny. W letni weekend nawet się nie zdziwiłam, że nikt z sąsiadów nie przebywał we własnym mieszkaniu. Po godzinie rozjuszona zadzwoniłam do męża:

Ja: Gdzie do jasnej @@##@@###!@!! jest twoja rodzina??? Autokar czeka, wszyscy mokrzy, a ich nie ma!!!
ON (nieporuszony!): A, wiesz, umówiłem się z nimi, żeby zaczekali na autokar u mojej siostry w domu.
Ja: A komu o tym powiedziałeś?!
ON: No, im…
Ja: A kierowcy?
ON: Nie…
Ja: A MNIE???
ON: Nno, nie…
Ja: To skąd mieliśmy o tym wiedzieć?!!!
ON: Oj, tam, wielka sprawa… Niech autokar podjedzie do Basi.

Zawstydzona jak jasna cholera i niewymownie wściekła przeprosiłam gości i poprosiłam kierowcę, żeby po drodze do leśniczówki podjechał po państwa nieobecnych.
Odjechali, a ja odetchnęłam z ulgą.
Nie minęło 10 minut – telefon od mojej świadkowej:

Aga: Lilka…jest taka sprawa… Stoimy przy wjeździe do dzielnicy Basi, ale autokar nie mieści się w te wąskie uliczki… Czy oni nie mogliby podejść do nas ten kawałek?
Ja: Aga, litości, ja ich nie mam jak zawiadomić… Błagam idź po nich.

Dzwonię do męża:
Ja: Ty taki szmaki owaki, gdzie jesteś?
ON: A już niedaleko od Basi.
Ja: To wygoń ich z domu natychmiast i niech ruszą dupy do autokaru!

Resztę znam z opowieści świadków zdarzenia.
Prawie jednocześnie dotarli do autokaru mój małżonek i jego rodzina pod komendą Agnieszki. Goście, którym trudno się dziwić, napadli na niego z wyrzutami, a on wydarł się na nich.

ON: Dajcie mi święty spokój! Jak tu jechałem, wyjechała mi rowerzystka prawie pod koła i BIGOS MI SIĘ WYLAŁ NA PLECY!!!

I obraził się na gości.
Ja się obraziłam na niego.
Reszta imprezy przebiegła zgodnie z planem, choć nieco przesunięta w czasie.

Ale do dziś jestem przekonana, że gdyby heca z autokarem wydarzyła się przed, a nie po ceremonii zaślubin, ten blog nazywałby się „uciekająca panna młoda”, a ja nosiłabym nadal panieńskie nazwisko…

Baba się czepia

5 komentarzy

Sobota. Wychodzę z pracy od mojego męża, w drzwiach łapie mnie jego współpracownik.
-Lilka, przypomnij dziś wieczorem Jurkowi, że ma pacjenta na zabieg jutro o 10 rano.
Wieczorem przypominam mężowi o zabiegu.

Niedziela, 10 rano. Jestem w pracy, na placu, gdy dzwoni moja komórka.

Ktoś: Dzień dobry pani, czy mogę prosić pana doktora?
Ja: Mąż powinien być pod numerem gabinetowym, ja jestem w innym miejscu.
Ktoś: Bo ja byłem umówiony na zabieg na 10…
Ja: Rozumiem, chce pan to przełożyc?
Ktoś: No właśnie nie…
Ja:???
Ktoś: Bo ja stoję pod gabinetem, a pana doktora nie ma.
Ja: Proszę chwilę zaczekać, mąż na pewno zaraz przyjdzie.

Kończymy rozmowę.

Rzucając mięsem zastanawiam się, co zrobić. Jedyną komórkę mam ja, a w domu nie ma telefonu stacjonarnego. Nie wiem, jak sprawdzić, czy mąż wyszedł do pracy.
Dzwoni telefon. Współpracownik męża, Adam.

Adam: Lilka, k…, gdzie jest Jurek??? Wydzwania do mnie klient, że gabinet zamknięty!
Ja: Odczep się, nic nie wiem, ale zaraz coś wymyślę.

Wpadam na genialny pomysł, żeby zadzwonić do sąsiada. Z trudem przypominam sobie jego numer.

Ja: Dzień dobry panu, tu sąsiadka. Przepraszam, że zawracam głowę, ale mam do pana ogromną prośbę. Czy mógłby pan zapukać do mojego męża, bo prawdopodobnie zaspał do pracy?
Sąsiad: Nie ma sprawy.

Zostawiam sprawę i wracam do pracy.
Po zajęciach wpadam do gabinetu szanownego małżonka.
Ja: I co, obudził cię sąsiad?
ON: Nie.
Ja: Nie? Obiecał, że cię obudzi.
ON: Nie musiał mnie budzić, nie spałem.
Ja: To co, od jasnej cholery robiłeś, gdy klient czekał pod drzwiami gabinetu?
ON: Piłem herbatę.
Ja: Jak można tak olewać swoją pracę? Nie mogłeś się nie spóźnić??? Zapomniałeś, że masz zabieg?!
ON: Nie wiedziałem, która jest godzina.
Ja: Jak to – nie wiedziałeś, która jest godzina? Przecież masz zegarek, nie wspominając o zegarkach na video, radiu i tak dalej.
ON: Ale nie patrzyłem na zegarek.
Obrażony, przestaje się odzywać.

Zamordowałam go, a zwłoki znajdziecie zakopane przy krzyżu w pewnej wsi. Poćwiartowane.
A przynajmniej bardzo chciałam to zrobić…

burza

15 komentarzy

Któregoś popołudnia w wyniku jakiegoś przeciążenia sieci elektrycznej, w związku z szalejącą burzą, sfajczyła się instalacja elektryczna w połowie mieszkania. W efekcie prąd był w jednym pokoju i łazience, natomiast kuchnia i drugi pokój pogrążyły się w ciemnościach.
Ponieważ w tym czasie charakter mojej pracy wymagał, bym cały dzień przebywała outside (żadnego biura, o telefonie nie wspominając), poprosiłam mojego małżonka, by rano ze swojego gabinetu zadzwonił do administracji i wezwał elektryka.

Pierwszego dnia nie zadzwonił. Zapomniał.

Drugiego dnia nie zadzwonił i oświadczył, że jemu osobiście prąd w drugim pokoju i kuchni nie jest potrzebny. Przeniosłam czajnik elektryczny do pokoju, w którym był prąd. Lodówka się rozmroziła. Elektryczna kuchenka miała urlop.

Trzeciego dnia, gdy wróciłam z pracy, spytałam:
Ja: Zadzwoniłeś do elektryka?
ON (obrażonym tonem pt. ale ty jesteś upierdliwa): Nie chciało mi się.
Ja: Jak to – nie chciało ci się??? (Tu, zirytowana długim czekaniem, pozwoliłam sobie na szereg słów niecenzuralnych i epitetów)

ON obrażony wychodzi z pokoju, ja obrażona, nie odzywam się.

Po kilku godzinach:
ON (wchodząc do pokoju): Na którą nastawiasz budzik?
Ja: Na siódmą.
ON: To mnie obudź.
Ja: Po co? Przecież do pracy idziesz na 11.
ON: Bo elektryk przyjdzie naprawić instalację.
Ja: Jak to? Przecież powiedziałeś, że nie chciało ci się zadzwonić!
ON: Ale nie powiedziałem, że nie zadzwoniłem.

I obrażony wyszedł z pokoju.

Wracam z pracy do domu. On sprząta. Rewelacja, mieszkanie zaczyna lśnić. Coś wisi w powietrzu. Na wszelki wypadek nie dociekam, co.

ON: Po co kupujesz czwartkowe Anonse?
Ja: ?
ON: Układałem gazety. Masz wszystkie czwartkowe Anonse z września. TYLKO czwartkowe… Po co je kupujesz?
Ja: Szukam samochodu.
ON: Ogłoszenia motoryzacyjne są w we wtorkowych.
Ja: Nie pamiętam. To we wtorkowych szukam samochodu, a w czwartkowych ziemi.
ON: To dlaczego nie znalazłem żadnych wtorkowych Anonsów?
Ja: Nie wiem, widocznie we wrześniu nie kupiłam.
ON: A czwartkowe dziwnym zbiegiem okoliczności masz wszystkie.
Ja: O co ci chodzi?
ON: Jakie ogłoszenia są w czwartkowych Anonsach?
Ja: Flora i Fauna?
ON: Jakie jeszcze?
Ja: Nie wiem.
ON: Jak to? Nie wiesz, po co je kupujesz?
Ja: Wiem, po co. Już mówiłam.
ON: Czyżby? Dziwnym trafem w czwartkowych są ogłoszenia matrymonialne.
Ja: (pukam się w głowę)
ON: Jaki masz numer skrytki?
Ja: Sugerujesz, że dałam ogłoszenie?
ON:…
Ja: Czy uważasz, że nie stać mnie na poderwanie faceta w tradycyjny sposób?
ON:…
Ja: Poza tym – jestem mężatką.
ON: To co tu robi twoje ogłoszenie?
Ja:???
ON: O tu. To nie twój numer skrytki?
Ja: Nie. Mój numer, to 1.
ON:Acha, zapomniałem.

Przez kilka dni patrzy na mnie podejrzliwie. Kupuje czwartkowe Anonse i pokazuje mi kolejne „moje ogłoszenie”.

Ja: To nie moja skrytka. Nie moja poczta.
ON: Ale opis pasuje.
Ja: Bez komentarza.

Kurtyna opada, przynajmniej do następnego numeru czwratkowych Anonsów.


  • RSS