za-co-on-sie-obrazil blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2002

Przeprowadzka

16 komentarzy

Krótkie wprowadzenie: ja mieszkam tu, on mieszka 60 km stąd. Jak wspomniałam już gdzieś tam wcześniej – przyjeżdża do mnie na weekendy. Natomiast ja dojeżdżam codziennie do pracy 70 km – ale nie w jego stronę. Do niedawna miałam samochód, ale sprzedałam go, gdy był już w stanie agonalnym i teraz dojeżdżam do pracy PKSem.

Któregoś dnia ostro kłócimy się przez telefon. Poszło nam o kompromisy. Zarzucamy sobie nawzajem niechęć do ustępstw.

ON: To powiedz mi, moja droga, czy zaproponowałaś mi pomoc w przeprowadzce? (On właśnie zrezygnował z wynajmowania pomieszczenia na biuro i przewozi swoje graty do domu.)
Ja: No… tak. Zaproponowałam, żebyś część rzeczy przewiózł od razu do mnie. I zapytałam, czy mam cię tu zameldować.
ON: Pytam, czy zaproponowałaś, że pomożesz mi się przeprowadzać! Wiesz, że mam z tym kupę roboty!(Powstrzymuję się od komentarza, że poprzednie popołudnie spędził przed telewizorem oglądając mecz – a nie jest zapalonym kibicem.)
Ja: No tak! Powiedziałam, że mogę cię zameldować i możesz tu przywieźć swoje rzeczy!
ON: Ale nosić wszystko muszę sam! Zapytałaś, czy nie pomóc mi w noszeniu???
Ja: Facet… ale ta przeprowadzka jest TAM, a ja jestem TU!
ON: Mogłaś przyjechać!
Ja: Ale ja pracuję!
ON: To mogłaś przysłać któregoś ze swoich kolesiów do pomocy!
Ja: Jakich kolesiów?????
ON: Mogłaś tu przyjechać!
Ja: Ale nie mam samochodu!
ON: Pociągiem!
Ja: Ale skończyłam wczoraj pracę o 20.00!
ON: A ja przenosiłem graty do północy!

To się nazywa „krótka piłka”.
(Powstrzymuję się od komentarza, że poprzednie popołudnie spędził przed telewizorem oglądając mecz …)

Muszę dodawać, że się obraził?…

Foch

3 komentarzy

Kilka dni po zagryzieniu dziecka przez trzy rottweilery dzwoni do mnie mój mąż. Jesteśmy już kawał czasu w separacji, mieszkamy osobno, lecz pozostajemy w przyjacielskich stosunkach.

ON: Nie znasz kogoś, kto chce rottweilera?
Ja: Nie słyszałam ostatnio, ale zapytam, a co?
ON: Bo, cholera, ktoś mi przywiązał ośmiomiesięcznego rotka pod gabinetem! Nie mam co z nim zrobić! Muszę go odstawić do schroniska!
Ja: Natychmiast zaczynam szukać, dam ci znać, jak tylko uda mi się coś ustalić.

Kilka godzin później dzwoni do mnie.

ON: Co ty sobie wyobrażasz? Co ja mam zrobić z tym psem? Miałaś kogoś znaleźć!
Ja: Ej, facet, myślisz, że tak łatwo w kilka godzin znaleźć dom dla rottweilera??? Ludzie muszą mieć czas, żeby się nad tym zastanowić!
ON: To co ja mam z nim teraz, do jasnej cholery, zrobić?
Ja: Jejku, nie wiem, przecież to nie ja ci go przywiązałam, staram się jak mogę, ale nie jestem cudotwórcą! Jak chcesz, to jutro go od ciebie zabiorę.
ON: Jutro to za późno! Muszę go zawieźć do schroniska, bo on się z moimi psami nie dogaduje!
Ja: Wiesz, że moje też by go nie zaakceptowały. Jak tylko ktoś się zgłosi, od razu dam znać.
ON: Wielkie dzięki!

I foch. Ale jaki

Stringi

13 komentarzy

Włóczymy się po centrum handlowym. Wchodzę do każdego sklepu z bielizną, wciągając go za sobą. Kwiat doniczkowy by się domyślił, czego baba chce w takiej chwili. Ale on twardo zgrywa blondyna. W końcu nie wytrzymuję:

Ja: Może byś mi czasem kupił jakieś majtki?
ON (ożywiony): Mogą być stringi?
Ja: Mogą być.
ON (po chwili): Ale ja ciebie wolę bez bielizny…

Oszczędny spryciarz.

Jedziemy na wycieczkę samochodem. To początek naszego związku (wkrótce się okaże, że zarazem koniec), wszystko układa się ślicznie. Spędzamy razem dużo czasu, jest bardzo wesoło.

Jednak wiem, że on ma rodzinę w innym mieście. Ponieważ jednak od miesiąca praktycznie mieszka ze mną, zastanawiam się, czy nie jest w jakiejś formalnej separacji, a może nawet w trakcie rozwodu. Nie mam jednak odwagi spytać. Pytania wspólnych znajomych o ten stan zbywam krótkim „jeszcze nie teraz, co ma być to będzie”.

Jednak wtedy w samochodzie stawiam wszystko na jedną kartę. Próbuję dociec, co jest nie tak w jego rodzinnym domu:

Ja: Czy twoja żona nie jest zła, że nie przyjeżdżasz do domu nawet na weekendy?
ON: Wolałaby, żebym częściej był w domu, jasne…
Ja: To dlaczego cały czas jesteś tutaj?
ON: Bo tu mam pracę…
Ja: Ej, obydwoje wiemy, że jak wpadasz do firmy na godzinę dwa razy w tygodniu, to jest dużo… Dlaczego NAPRAWDĘ tu jesteś?
ON (zgodnie z moimi oczekiwaniami): Bo ty tu jesteś.
Ja (coraz odważniej – zaraz mi powie, że się rozwiedzie, że jestem kobietą jego życia i będziemy żyli długo i szczęśliwie): A twoja żona też kogoś ma?
ON: Nie, no coś ty…
Ja: A gdyby kogoś miała, miałbyś coś przeciwko?
ON: No jasne! Nie chciałbym, żeby kogoś miała.
Ja (dlaczego nie zdziwiona?): Ach tak. A tobie wolno?
ON: To co innego. Wiesz, ja nie mogę inaczej…

Po tym, co napisałam o nim na blogu po tej rozmowie (i innych), stwierdził, że chyba nie jest mi dobrze w tym układzie. Skwapliwie przytaknęłam i tyle go widziałam. Pozostał mi tylko rodzaj niesmaku. Nie lubię hipokrytów.

reklama

7 komentarzy

Niedzielny wieczór. Leżymy na kanapie, leci jakiś program w TV, totalnie się obijamy odpoczywając po pracy.

Ja (nawiązując do puszczanej właśnie reklamy): Wiesz, o co chodzi w tej reklamie? Bo ja nie.
ON: O to samo, o co w poprzedniej… Jak o tych kobietach, co… (i tu opowiada poprzednią reklamę tego samego produktu)
Ja: To wiem, ale o co chodzi w TEJ reklamie? Nie kumam, co oni mówią.
ON wyjaśnia coś, co dla niego jest oczywiste – w taki sposób, że pozostaje to oczywiste nadal wyłącznie dla niego.

Godzinę później nadal leżymy. Leci ta sama reklama.
Ja: Facet, ja nadal nie wiem, czemu ten w tej reklamie mówi takie coś i dlaczego?
ON powtarza jota w jotę wywód sprzed godziny.
Ja: Ale ja nie rozumiem. To co mówisz, to sama widzę, ale nie rozumiem, co tamten gość… (i tak dalej)

Pół godziny później, gdy znów leci rzeczona reklama, znowu próbuję (nie ze złośliwości, naprawdę – próbowałam wyłącznie dlatego, że on twierdził, że doskonale rozumie subtelny przekaz tej reklamy, a ja tego nie umiałam dostrzec i chciałam, żeby się ze mną podzielił swoją wiedzą).
Ja: No powiedz mi wreszcie, co on tam na końcu mówi i jaki to ma związek ze sprawą?
ON (zrywając się z kanapy i zrzucając mnie przy okazji na podłogę): K…, ty cholerna pieprzona blondynko, ile razy mam ci tłumaczyć??? Trzy razy ci to wyjaśniałem!
Wydziera się na mnie jeszcze przez dłuższą chwilę, podczas gdy ja siedzę przerażona na podłodze i nie wiem, o co mu właściwie chodzi.

Po kilku minutach odważam się spytać.
Ja: O co ci chodziło? Czemu tak na mnie wsiadłeś? I czemu zrzuciłeś mnie z łóżka?
ON: Bo ci, k…, tłumaczę pięćdziesiąt razy o co chodzi, a ty nie myślisz!

I siedzi wściekły jak diabli jeszcze przez długi czas, po czym obrażony idzie spać.
O co on się, do diabła ciężkiego, obraził?

PS
Nadal nie wiem, o co chodzi w tej cholernej reklamie. Być może on też nie wie, tylko wstydzi się przyznać, a moje dociekania traktuje jako bardzo osobisty przytyk…


  • RSS