za-co-on-sie-obrazil blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2003

Niedzielny ranek. Nie żaden blady świt, raptem 9.30. Przed moim domem znajduję poszarpanego przez psy kota, jeszcze żywego. Postanawiam wyciągnąć mojego małżonka-weterynarza z łóżka przed czasem. Z małżonkiem jestem od dwóch lat w separacji. Pamiętam jednak, że budzenie go o takiej godzinie naraża mnie na poważne obrażenia, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Postanawiam zaryzykować. Z uwagi na kotka nie ryzykuję nadmiernie: dzwonię z nie swojego telefonu (mojego by nie odebrał).

ON: Uoouuch…

Rozłącza się zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Wykręcam numer jeszcze raz.

Ja: To ja!
ON: Czego chcesz?

Ja – tłumaczę mu sytuację i proszę, by się spotkał ze mną za chwilę w swoim gabinecie.

ON: O jedenastej.
Ja: Proszę cię, przecież ten kot się wykrwawia.
ON (cedzi przez zęby): O j-e-d-e-n-a-s-t-e-j.
Ja: Cholera, nie dyskutuj ze mną, za chwilę będę w gabinecie. O jedenastej kot może już nie żyć.
ON: Nie budź mnie rano.
Ja: Jadę do gabinetu.
ON: Nie wcześniej, niż o dziesiątej.
Ja: Już jadę, będę czekać pod gabinetem.

Kilkanaście minut później.

ON (otwierając drzwi gabinetu): Zepsułaś mi poranek! Zepsułaś mi całą niedzielę!!!

Nie pamiętam, kiedy ostatnio mnie tak nienawidził.
Do tej pory, gdy wspominałam o rozwodzie, zbywał mnie mówiąc „mnie to niepotrzebne”.
Tego poranka był innego zdania.

ON: Jutro składam pozew o rozwód.

Ha! Oznaczałoby to, że wstanie przed 10.30, o której zwykle otwiera oczy (jego gabinet jest czynny od 11.00). Nie wierzę. Po prostu nie wierzę. :-)

…ale na pewno to zrobi, gdy to przeczyta. ;-)

Wieczór, oglądamy „Kasię i Tomka”. On strasznie przeżywa to co widzi. Podskakuje na krześle, pochrząkuje, wymachuje rękami, syczy „yyyeeeeessssss” i tym podobne.

ON (zrywając się z krzesła): Tak!!! Dokładnie tak jest – z życia wzięte!!!

Ja milczę, patrząc na niego, jak na insekta.
ON nagle zrywa się i pędzi do przedpokoju, przelatuje przezeń jak tornado i znika w kuchni. Obserwuję jego poczynania z rosnącym zainteresowaniem. Nie mija sekunda, gdy ON wypada z kuchni i pędzi do łazienki. Robię coraz większe oczy.

ON: Pomyliłem się!!! Chciałem się wysikać!!!

Było to strasznie dawno temu. Tuż po tym, jak poznałam człowieka, który miał kilka lat później zostać moim drugim mężem. W zasadzie poznaliśmy go razem – ja i mój pierwszy mąż. Ponieważ łączyły nas sprawy zawodowe, przez jakiś czas spędzaliśmy po kilka godzin dziennie razem i mieliśmy okazję odkryć, że dobrze się nam rozmawia.

Mój przyszły mąż akurat wprowadzał się do nowego mieszkania. Postanowił postąpić wbrew swoim zasadom (nie podrywać mężatek) i zaprosił mnie do siebie na kolację. Nie mógł jednak zaprosić mnie samej, bo to by było zbyt oczywiste, więc zaprosił mnie wraz z mężem.

Przygotowaliśmy się do tego wyjścia porządnie: kupiliśmy prezent na nowe mieszkanie, wystroiliśmy się, byliśmy punktualni… Zadzwoniliśmy do drzwi. Nic. Zero odzewu. Drugi raz – również nic. Popatrzyliśmy na siebie niepewnie, sprawdziliśmy godzinę. Zgadza się. Na zastanawianiu się minęło nam pięć minut. Staliśmy na klatce schodowej i nie mieliśmy zielonego pojęcia, co zrobić. Minęło kolejne pięć minut i następne… W końcu otworzyły się z hukiem drzwi klatki schodowej i wpadł nasz gospodarz. Przeprosił, jak gdyby nigdy nic i weszliśmy wraz z nim do mieszkania.

Nie wiem, jak Wy, ale ja zawsze gdy kogoś zapraszam, zwłaszcza na kolację, staram się jakoś na tę wizytę przygotować. Choć trochę ogarnąć mieszkanie, choćby wytrzeć stół, no i mieć rzeczoną kolację.

Otóż ON nie miał. Nie przygotował się. Trafiliśmy w sam środek nieprawdopodobnego bałaganu, do mieszkania, w którym nie było ani jednego czystego talerza, o kolacji nie wspominając. Jednak wieczór się udał, kolacja w końcu pojawiła się na stole przykrytym niedbale jakąś pogniecioną szmatą.

Może właśnie ten element zaskoczenia sprawił, że wieczór był niezapomniany.

Jednak mój drugi mąż zawsze śmiertelnie się obrażał, gdy wspominałam tamten dzień, uwzględniając szczegóły wystroju klatki schodowej i wzorek na posadzce lastrico, który przestudiowałam czekając na niego pod jego własnymi drzwiami…

A to było tak.
Siedzieliśmy, jak to zwykle w letnie wieczory, przy stole z piwkiem. Nie pamiętam, jak to się stało, że eM i ON zaczęli się siłować. W każdym razie ON zatkał kciukiem otwór w puszce piwa, a eM próbowała ten jego palec stamtąd wyciągnąć. Ona mocno ciągnęła, on coraz głębiej wpychał (bez skojarzeń, proszę ;-)), aż zakwiczał, poderwał się i …

ON: AAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!
eM i Ja: Co się stało???
ON (do eM): Cholera, rozorałaś mi palec!!!

Wybiegł z domu i usłyszałyśmy, jak otwiera samochód. Patrzyłyśmy na siebie w najwyżym zdumieniu i totalnym milczeniu. Po dłuższej chwili wszedł do domu z wyrazem nienawiści na twarzy i apteczką samochodową w dłoni.
Usiadł na swoim miejscu przy stole. Z apteczki wyjął bandaż. Poszedł do łazienki. Usłyszałyśmy,jak odkręca kran i posykując z bólu obmywa palec z trzech kropli krwi. Wyszedł z łazienki, usiadł i w skupieniu zaczął owijać resztki kciuka bandażem. Przyglądałyśmy się w milczeniu.
W końcu eM nie wytrzymała.

eM: Nie byłoby ci wygodniej z małym plastrem?…

Zabił ją wzrokiem. Choć od tamtego wieczoru minął ponad rok, zawsze, gdy ON zrobi sobie ałka, krzyczę: Leć do samochodu po apteczkę!
A on się obraża.


  • RSS