A to było tak.
Siedzieliśmy, jak to zwykle w letnie wieczory, przy stole z piwkiem. Nie pamiętam, jak to się stało, że eM i ON zaczęli się siłować. W każdym razie ON zatkał kciukiem otwór w puszce piwa, a eM próbowała ten jego palec stamtąd wyciągnąć. Ona mocno ciągnęła, on coraz głębiej wpychał (bez skojarzeń, proszę ;-)), aż zakwiczał, poderwał się i …

ON: AAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!
eM i Ja: Co się stało???
ON (do eM): Cholera, rozorałaś mi palec!!!

Wybiegł z domu i usłyszałyśmy, jak otwiera samochód. Patrzyłyśmy na siebie w najwyżym zdumieniu i totalnym milczeniu. Po dłuższej chwili wszedł do domu z wyrazem nienawiści na twarzy i apteczką samochodową w dłoni.
Usiadł na swoim miejscu przy stole. Z apteczki wyjął bandaż. Poszedł do łazienki. Usłyszałyśmy,jak odkręca kran i posykując z bólu obmywa palec z trzech kropli krwi. Wyszedł z łazienki, usiadł i w skupieniu zaczął owijać resztki kciuka bandażem. Przyglądałyśmy się w milczeniu.
W końcu eM nie wytrzymała.

eM: Nie byłoby ci wygodniej z małym plastrem?…

Zabił ją wzrokiem. Choć od tamtego wieczoru minął ponad rok, zawsze, gdy ON zrobi sobie ałka, krzyczę: Leć do samochodu po apteczkę!
A on się obraża.