Było to strasznie dawno temu. Tuż po tym, jak poznałam człowieka, który miał kilka lat później zostać moim drugim mężem. W zasadzie poznaliśmy go razem – ja i mój pierwszy mąż. Ponieważ łączyły nas sprawy zawodowe, przez jakiś czas spędzaliśmy po kilka godzin dziennie razem i mieliśmy okazję odkryć, że dobrze się nam rozmawia.

Mój przyszły mąż akurat wprowadzał się do nowego mieszkania. Postanowił postąpić wbrew swoim zasadom (nie podrywać mężatek) i zaprosił mnie do siebie na kolację. Nie mógł jednak zaprosić mnie samej, bo to by było zbyt oczywiste, więc zaprosił mnie wraz z mężem.

Przygotowaliśmy się do tego wyjścia porządnie: kupiliśmy prezent na nowe mieszkanie, wystroiliśmy się, byliśmy punktualni… Zadzwoniliśmy do drzwi. Nic. Zero odzewu. Drugi raz – również nic. Popatrzyliśmy na siebie niepewnie, sprawdziliśmy godzinę. Zgadza się. Na zastanawianiu się minęło nam pięć minut. Staliśmy na klatce schodowej i nie mieliśmy zielonego pojęcia, co zrobić. Minęło kolejne pięć minut i następne… W końcu otworzyły się z hukiem drzwi klatki schodowej i wpadł nasz gospodarz. Przeprosił, jak gdyby nigdy nic i weszliśmy wraz z nim do mieszkania.

Nie wiem, jak Wy, ale ja zawsze gdy kogoś zapraszam, zwłaszcza na kolację, staram się jakoś na tę wizytę przygotować. Choć trochę ogarnąć mieszkanie, choćby wytrzeć stół, no i mieć rzeczoną kolację.

Otóż ON nie miał. Nie przygotował się. Trafiliśmy w sam środek nieprawdopodobnego bałaganu, do mieszkania, w którym nie było ani jednego czystego talerza, o kolacji nie wspominając. Jednak wieczór się udał, kolacja w końcu pojawiła się na stole przykrytym niedbale jakąś pogniecioną szmatą.

Może właśnie ten element zaskoczenia sprawił, że wieczór był niezapomniany.

Jednak mój drugi mąż zawsze śmiertelnie się obrażał, gdy wspominałam tamten dzień, uwzględniając szczegóły wystroju klatki schodowej i wzorek na posadzce lastrico, który przestudiowałam czekając na niego pod jego własnymi drzwiami…