Niedzielny ranek. Nie żaden blady świt, raptem 9.30. Przed moim domem znajduję poszarpanego przez psy kota, jeszcze żywego. Postanawiam wyciągnąć mojego małżonka-weterynarza z łóżka przed czasem. Z małżonkiem jestem od dwóch lat w separacji. Pamiętam jednak, że budzenie go o takiej godzinie naraża mnie na poważne obrażenia, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Postanawiam zaryzykować. Z uwagi na kotka nie ryzykuję nadmiernie: dzwonię z nie swojego telefonu (mojego by nie odebrał).

ON: Uoouuch…

Rozłącza się zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Wykręcam numer jeszcze raz.

Ja: To ja!
ON: Czego chcesz?

Ja – tłumaczę mu sytuację i proszę, by się spotkał ze mną za chwilę w swoim gabinecie.

ON: O jedenastej.
Ja: Proszę cię, przecież ten kot się wykrwawia.
ON (cedzi przez zęby): O j-e-d-e-n-a-s-t-e-j.
Ja: Cholera, nie dyskutuj ze mną, za chwilę będę w gabinecie. O jedenastej kot może już nie żyć.
ON: Nie budź mnie rano.
Ja: Jadę do gabinetu.
ON: Nie wcześniej, niż o dziesiątej.
Ja: Już jadę, będę czekać pod gabinetem.

Kilkanaście minut później.

ON (otwierając drzwi gabinetu): Zepsułaś mi poranek! Zepsułaś mi całą niedzielę!!!

Nie pamiętam, kiedy ostatnio mnie tak nienawidził.
Do tej pory, gdy wspominałam o rozwodzie, zbywał mnie mówiąc „mnie to niepotrzebne”.
Tego poranka był innego zdania.

ON: Jutro składam pozew o rozwód.

Ha! Oznaczałoby to, że wstanie przed 10.30, o której zwykle otwiera oczy (jego gabinet jest czynny od 11.00). Nie wierzę. Po prostu nie wierzę. :-)