za-co-on-sie-obrazil blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2003

Chodzimy po lesie. Miejsce piękne, ale mi, niestety, się kojarzy.
Po dłuższym, zaprawionym złośliwością monologu, podsumowuję.

Ja: Ta twoja Agnieszka to taka sama wstrętna suka, jak moja Ania. Jak ja nienawidzę takich fałszywych zdzir!
ON: Jak Ania? Dlaczego?
Ja: Bo też do mnie robi słodkie oczka, a w plecy wbija mi nóż!
ON:…
Ja: Do mnie mówiła, że mam rację, że cię zostawiłam, że jesteś taki szmaki owaki, a ciebie w tym samym czasie namawiała na seks w jeziorze!
ON: Ale przecież się nie zgodziłem!
Ja: No i masz szczęście.

Awanturuję się w najlepsze.
Dochodzimy do miejsca, w którym zostawiliśmy samochód. Przed nosem przejeżdża nam jakieś auto.

ON: O, właśnie Agnieszka pojechała.
Ja: [piiiiiip]

Wsiadamy do samochodu.

Ja: Dogoń ją!!!
ON: Ale po co?
Ja: Pokażę jej fuck’a!

Rok 1995, piękne lato. Za dwa tygodnie wychodzę za mąż (po raz pierwszy). Suknia ślubna prawie gotowa, rozesłane zaproszenia, babcia z Antypodów ma już bilet na samolot. Jest u mnie przyjaciółka, z którą dzielę się planami podróży poślubnej. Ma być romantycznie: kolega pożycza nam łódkę i płyniemy na Zalew Wiślany na dwa tygodnie. Tam się poznaliśmy.
Nagle do domu wchodzi przyszły pan młody.

ON: Słuchaj, mam dla ciebie wiadomość. Propozycję.
Ja: Tak?
ON: Moi rodzice zaproponowali, żebyśmy w podróż poślubną popłynęli ich łódką z nimi do Grecji.
Ja (czujnie, znając dokładnie ich plany): Z nimi? I z twoimi bratanicami?

Bratanice, sztuk dwie, lat 4 i 5, czy coś koło tego.

ON: No tak, wiesz, że rodzice je zabierają w ten rejs.

Przyjaciółka milczy przezornie.

Ja: To znaczy – łódka, twoi rodzice, dziewczynki i my? I pewnie ja miałabym się zajmować dziewczynkami?
ON: No tak. Przecież pomożesz mamie. Wolisz być kukiem?
Ja: Kochanie, ale to ma być nasza podróż poślubna.
ON: Dlatego rodzice chcą nas w prezencie zabrać do Grecji.
Ja: Wybacz, ale wolę Zalew.

ON wychodzi z pokoju bez słowa. Patrzymy z przyjacióką na siebie zdumione.
Słyszę, że ON grzebie w skrzynce z narzędziami.
Nagle przyszły szczęśliwy małżonek wraca do pokoju. Z młotkiem. Nie patrząc na nas podchodzi do wiszącego na ścianie lustra i rozbija je jednym uderzeniem młotka. Po czym wychodzi.

Oto jak mężczyzna daje upust złości. Myślicie, że powinnam się cieszyć, że nie zdzielił tym młotkiem mnie – niewdzięcznicy? ;-)

Wybieramy się na spacer. Pogodna znośna, humorki też. Przychodzi mi do głowy pewien pomysł.

Ja: Kochanie, może byśmy kogoś ze sobą zabrali?
ON: No to zadzwoń do jakiejś koleżanki.

Po dokonaniu w głowie przeglądu dostępnych koleżanek, dzwonię do E. Jest średnio zainteresowana pomysłem – nie wszyscy lubią nasze wyczynowe przechadzki.

E: Mam na przechowaniu kota. Właśnie czekam, aż ktoś go ode mnie odbierze. Jak się pozbędę problemu, to pojadę z wami.
Ja: To zadzwonię za godzinę, jak będziemy wychodzili. Powiesz, czy po ciebie podjechać.

Odkładam słuchawkę. Nie wdając się w szczegóły rzucam ukochanemu kilka słów wyjaśnienia.

Ja: Kochanie, E jeszcze nie wie, czy pojedzie. Ma urwanie głowy z kotem.
ON (pod nosem): Z kotem? Phi! Nie mogła wymyślić głupszej wymówki?

Przez godzinę pindrzę się, gotuję obiad i przygotowuję się do wyjścia.

Ja: Kochanie, możemy jechać. Spytam E, czy mamy po nią wpaść.

E wciąż użera się z kotem, a widząc, co się święci, wstawiła pranie.

Ja: Jedziemy sami. E ma włączoną pralkę.
ON: Co??? To niech się twoja przyjaciółeczka zdecyduje, czy kot, czy pralka!!!
Ja: Ale ona wciąż ma tego kota. Ponieważ wiedziała, że nie da rady wyjść, wstawiła pranie.
ON: Jasne. Dobrze. Poczekam, aż E będzie czegoś ode mnie chciała i też wstawię pranie.
Ja: O co ci chodzi? Przecież ona niczego nie obiecywała!
ON: Godzinę na nią czekałem, a ona zrobiła mnie w ch..a!
Ja: ??? Nie czekałeś na nią! Jeśli już, to czekałeś na mnie! Specjalnie zadzwoniłam do niej wcześniej, żeby miała czas do namysłu. Przecież byłam w piżamie, gdy do niej dzwoniłam!!!
ON: [piiiiiiiiip]
Ja: [piiiiiiiiiip]

I tak dalej.

On śmiertelnie się obraził, bo:
- moja koleżanka zrobiła go w ch..a
- stanęłam w obronie swojej „przyjaciółeczki” (a to oznacza, że tak naprawdę to ona jest ważniejsza, niż miłość mojego życia, czyli ON)

Ja śmiertelnie się obraziłam, bo:
- moja koleżanka nie zrobiła go w ch..a, a do niego to nie docierało
- nie stanęłam w obronie koleżanki, tylko w obronie zdrowego rozsądku, a to do niego nie docierało tym bardziej.

Obrażony wyprowadził się na zawsze, czyli na tydzień. No i oczywiście w następstwie perturbacji, których początek opisałam powyżej – na żaden spacer nie pojechaliśmy.

Może gdybym była „wzorową” sekretarką, siedziałabym od 8 do 16 za biurkiem ubrana jedynie w szpilki i podwiązki. W przeciwnym razie nadzieja na znalezienie stosownych podniet żywiona przez niżej cytowanego ONEGO wydaje się pozbawiona sensu.
A jednak…

ON(9:23): czesc
Ja(9:24): cześć
ON(9:24): co porabiasz?
Ja(9:24): pracuję
ON(9:24): a jak jestes ubrana?
Ja(9:24): a ty?
ON(9:25): ja 1 zapytalem
Ja(9:26)(po sprawdzeniu w katalogu publicznym danych delikwenta): Marek, a czemu pytasz mnie o takie bzdury? jeśli szukasz panienki go-go, to chyba nie ta pora, co? jak może być ubrany człowiek, który o takiej godzinie jest w pracy? rusz głową
ON(9:27): :-P

Chyba się obraził. Zniknął. Nie odezwał się więcej. Straciłam kolejną okazję…

A tak przy okazji: od wielu miesięcy ukazuje się w Anonsach ogłoszenie w dziale „dam pracę”. Cytuję treść w przybliżeniu: biznesmen lat 35, mercedesy, jachty, kilka domów, szuka asystentki do lat …bla bla bla. W tych okolicznościach nie dziwi mnie nic. Ani pytanie, czy noszę rajstopy, ani tym bardziej pytanie, jak jestem ubrana o 9:30 rano.

PS.
Nie byłam do końca szczera. Powiedziałam, że pracuję, bo bez sensu mi się wydało tłumaczenie komuś, czym się zajmuję, a osoba przy kompie o takiej porze zwykle pracuje. Nie pracowałam. Ucinałam sobie poranne pogawędki na gg ze znajomymi, siedząc przed monitorem ubrana wyłącznie w czarne majtki. Czy to czyni pytanie szanownego Marka bardziej uzasadnionym? Moim zdaniem nie, bo nie mógł wiedzieć, że trafił w dziesiątkę. Może po prostu zwykle miał szczęście do bardziej szczerych kobiet… ;-)

Lekarz

17 komentarzy

Wracamy z mężem z pracy do domu. Milutki spacerek przez park, psy biegają, my rozmawiamy. Idzie z nami małoletni siostrzeniec mojego małżonka.

Młody: Wujek, powiedziałem komuś-tam, że jesteś weterynarzem.
ON: Nie jestem weterynarzem.
Młody: ???
ON (z naciskiem): Jestem lekarzem weterynarii.

Ja słucham uważnie.

Młody: Wujek, a jaka to różnica?
ON (nie przejawiając chęci do dalszej rozmowy): Zasadnicza.

Nie wytrzymuję.

Ja: Skarbie, to jak to się dzieje, że Ty nie jesteś weterynarzem, tylko lekarzem weterynarii, a chodzisz do dentysty i okulisty???

ON… obraził się. Na mnie i na swojego siostrzeńca.

Myliłby się ten, kto by pomyślał, że mój mąż był gówniarzem, który właśnie skończył studia i bardzo przeżywał swoją pozycję. To czterdziestoletni, pewny siebie facet, lekarz z tytułami, specjalizacjami i tak dalej, któremu z jakiegoś powodu bardzo nie podoba się termin „weterynarz”.

Poznałam go za pośrednictwem internetu. Od pierwszej chwili połączyła nas niewidzialna nić podobnych doświadczeń i zbliżonych poglądów na życie. Najpierw pisaliśmy do siebie, później zaczął dzwonić. Jak się już rozdzwonił, to zaczął snuć coraz poważniejsze plany. Z zapartym tchem i rosnącym zdumieniem próbowałam nadążyć za jego marzeniami i obietnicami. Mówił, że to, co ma nas spotkać jest nieuniknione. I on wie, co to jest. W końcu zdecydował, że czas na bardziej radykalne kroki. Postanowił przyjechać do mojego miasta.

ON: Kochanie, będę w nocy z poniedziałku na wtorek. Pociąg przyjeżdża około północy, powrotny mam o szóstej rano. Będziemy mieli dla siebie sześć godzin.
Ja: Hm. Gdzie by tu przesiedzieć te sześć godzin…? Bądź co bądź to środek tygodnia, więc knajpy nie są otwarte do rana.
ON: No właśnie. Będziesz musiała coś wymyślić.
Ja: W ostateczności możemy ten czas spędzić u mnie.
ON: Doskonały pomysł.
Ja: Ale może lepiej, żebyś wiedział, że z seksu na pierwszej randce nici…
ON: …
ON: Ale dlaczego…?
Ja: Mówiłam ci już, że ja tak nie chcę. Mowy nie ma. Model amerykański – jak dotrwamy do trzeciej randki, będzie seks.
ON: Ale może chociaż trochę…
Ja (tu cię mam, draniu): Żadnego seksu.

Kilka dni później wykorzystał chwilę mojej słabości, by pod byle pretekstem wycofać się z tej znajomości. Jaki z tego morał…? ;-)

A tak przy okazji: czy ci wspaniali mężczyźni nie wyszliby lepiej na szukaniu panny do seksu w swojej okolicy? I już sama sobie odpowiadam: nie wyszliby – taka panna mogłaby ich później prześladować z bliskiej odległości. Jednak to wszystko ma głęboki sens. ;-)

Siedzimy u znajomych. Powoli zbieramy się do wyjścia.

Oni: Może byście wpadli do nas w przyszły weekend?
ON: Ale w przyszły weekend Lila wyjeżdża do Torunia…
Oni: Acha…

W drodze do domu.

ON: Widzisz? Mógłbym nie istnieć!
Ja: … Ale o co chodzi???…
ON: Jak usłyszeli, że ty wyjeżdżasz, to już nie zaproponowali, żebym przyszedł sam!
Ja: Ale…
ON: Założę się, że gdyby było odwrotnie, gdybym to ja wyjeżdżał, to ciebie samą by zaprosili!
Ja: Ale…
ON: Ale ja sam wcale się dla nich nie liczę!
Ja: …

Dlaczego on ma do mnie pretensje za każdym razem, gdy wydaje mu się, że ktoś lubi mnie, a jego nie???…

Terapia

14 komentarzy

Któregoś dnia, gnębiony przedłużającą się depresją, dał się namówić na wizytę u terapeuty. W tym byla cała nasza nadzieja, bo nawet jemu trudno się żyło z samym sobą, a co ja miałam powiedzieć… Nie był nastawiony entuzjastycznie, ale nie widział innego wyjścia. Rozpoczął terapię. Po kilku spotkaniach oświadczył, że więcej tam nie pójdzie.

Ja: Ale dlaczego? Nie powinieneś się zniechęcać, na efekty terapii trzeba poczekać…
ON: Nie tak to sobie wyobrażałem!
Ja: Jak to? A co takiego się dzieje?
ON: Bo ja siedzę i mówię, a ona nie mówi nic! Tylko coś notuje!
Ja: Ale na tym to polega – ona musi najpierw rozpoznać twoją sytuację.
ON: Tylko siedzi i notuje i chyba mnie nawet nie słucha!
Ja: Kochanie, ale skoro coś ci w tym nie pasuje, a płacisz ze te spotkania, to masz prawo o tym powiedzieć tej pani. Poproś ją, żeby wytłumaczyła, dlaczego tak się zachowuje i jak to ma działać.
ON: Chrzanię to.

Nie dał szansy pani terapeutce na powiedzienie czegokolwiek. Wcześniej się na nią obraził.

Kara

21 komentarzy

Tak się złożyło, że w ciągu kilku dni pękły mu na (skądinąd zgrabnym) tyłku dwie pary dżinsów. Ucieszyłam się ogromnie, bo oto jawiła się doskonała okazja, by okazać swoją dominację i przerobić chłopaka na swoją modłę. Czyli namówić go na zakup spodni, które podobają się MNIE. Podstępem zwabiłam go do ulubionego sklepu i podprowadziłam do wieszaka ze spodniami. Zaczął je przeglądać bez zainteresowania. Starałam się zwrócić jego uwagę na najciekawsze modele, ale tylko się krzywił. W końcu wybrał jedną parę i ruszył do przymierzalni. Szybko chwyciłam jeszcze dwie (jak już przymierza cokolwiek, to może go przekonam) – jedne, na które i on zwrócił wcześniej uwagę, a drugie, które podobały się tylko mnie.

Założył pierwsze. Ble. Ja nie wiem, czemu on zawsze nosi spodnie ciut za krótkie. Strasznie mnie to wkurza, choć teoretycznie nic mi do tego. No więc te BYŁY za krótkie. I jakieś dziwne.

ON (zachwycony przegląda się w lustrze): I jak?
Ja: Koszmar. Masz w nich okrągłe bioderka, jak jakaś lala. I do tego są za krótkie.
ON: Mnie się podobają.
Ja: Ale zanim je kupisz, przymierz jeszcze inne.

Przymierza drugą parę – te, które odrzucił.

ON: Okropne.
Ja: Fantastyczne. Wiesz, jak świetnie w nich wyglądasz? Mmm, ten tyłek, te uda… Mniam! Ale przymierz jeszcze te trzecie.

Przymierza parę „neutralną”. Podoba mi się w nich – są takie, jak lubi, a jednocześnie długie.

ON: I?
Ja: No fajnie, w tych wyglądasz świetnie.

Idziemy do kasy. Ku mojemu zdumieniu on płaci za parę, która mu się najmniej podobała w przymierzalni.

Wnioski:
Jemu najbardziej zależy, żeby podobać się mnie.
Posuwa się w tym do skrajności, bo gdyby wybrał trzecią parę, ja byłabym równie zadowolona, a on przy okazji też.
Może tylko udawał, że mu się tamta para nie podoba.

Kara dla mnie:
Nosi te piękne spodnie, nosi. Ale żeby nie było za fajnie, podwija nogawki, co wygląda dużo koszmarniej od spodni za krótkich z natury.

Amen.

Nie mam dziś nastroju na wpisanie kolejnej drastycznej historyjki podanej na wesoło. Mam gigantycznie podły humor. Niby przez życie w ogóle, ale pośrednio przez facetów właśnie. Przez tych wszystkich obrażalskich, którym dałam się zrobić w konia. Małe wyjaśnienie dla osób poniżej pewnego wieku/progu świadomości: zrobienie w konia niekoniecznie oznacza porzucenie, oszukanie, zdradzenie, złamanie serca, złamanie życia, złamanie nosa, czy czegoś tam.
Ja zostałam zrobiona w konia w sposób następujący.

Ja: Chciałabym, żebyś spłacił te kredyty, które wzięłam na swoje nazwisko jeszcze przed ślubem, a które poszły na twoją szkołę, remont twojego biura i tak dalej.
ON: Ja musiałem zapłacić za ciebie rachunek telefoniczny.
Ja: Ale rachunek telefoniczny to śmieszna kwota przy tych kredytach, które już teraz są przeterminowane, bo powpłacałeś po jednej racie przez półtora roku.
ON: Ale jest jeszcze kredyt za robota kuchennego, którego ja nie chcę. Weź go sobie i sama go spłać.
Ja: Powinieneś zapłacić część, bo przecież z radością z niego przez półtora roku korzystałeś, a nie zapłaciłeś ani jednej raty.
ON: Ale ja go nie chcę.
Ja: Ale go chciałeś.
ON: Nie zapłacę za twój rower.
Ja: Rower sama sobie spłacam.
ON: A twojej karty kredytowej też nie spłacę, bo pieniądze z niej poszły na wesele, a teraz odchodzisz. (w domyśle: to pocałuj mnie gdzieś)
Ja: Nasze wesele zasponsorowała moja mama. Kartą zapłaciłam za twój garnitur i inne ciuszki. A tego przecież nie zabieram.

Bla bla bla. Mogłabym to ciągnąć w nieskończoność. Dość powiedzieć, że jestem zadłużona na amen. Wszystkie moje dochody miesięczne idą na spłatę kredytów, a raczej odsetek. Kredyty kosztują mnie podwójnie, bo przez ostatni rok mojego pożycia z uroczym małżonkiem nie zostały tknięte nawet grosikiem. Małżonek patrzy na mnie, jak na zjawę, gdy proszę, żeby coś zapłacił. Komornicy śledzą mnie na ulicach w przebraniu. Na wszelki wypadek nie otwieram drzwi, gdy się nie spodziewam gości. Nie odbieram telefonu, gdy nie wiem, kto dzwoni. Ciągle brakuje mi kasy na bieżące rachunki i na jedzenie. Odchodząc od męża straciłam również pracę, a więc ubezpieczenie i inne pierdoły (wypłaty nigdy nie dostawałam, bo kasa była „wspólna”). I tak walczę o przetrwanie już dwa lata. Jestem już piekielnie zmęczona, światełka w tunelu nie widać, więc pytam: czy ja sobie mogę trochę pomarudzić? Zwłaszcza, że dziś też nie mam grosza na jedzenie…


  • RSS