za-co-on-sie-obrazil blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2003

Na weekend przyjeżdża do nas koleżanka. Pierwszy wieczór spędzamy we trójkę w bardzo miłej atmosferze, drugiego wieczoru gość i ja chcemy się spotkać z jeszcze jedną koleżanką. Możemy albo wyjść na miasto, albo zaprosić ją do nas. ON przegląda program telewizyjny.

ON: No, dziewczyny, macie dziś wychodne. Ja mam wieczór telewizyjny. Okazało się, że nie tylko Pancernych mam dziś do oglądania, bo telewizja zadbała, bym nie nudził się przez cały wieczór.
Ja: No to bomba.
ON: W każdym razie – nie musicie się spieszyć do domu.

Wychodzimy bez poczucia winy. Wracamy grzecznie o 22:30. Po jego minie widać, że humor, z jakim nas żegnał, przeszedł do historii.

Ja: Coś się stało, kochanie?
ON (z zaciętą miną): Nie.
Ja (jestem babą, muszę drążyć): Przecież widzę, że coś jest nie tak…
ON: Wszystko OK.

Wcale nie widać, żeby było ok. Już nie wnikam. Mamy gościa, nie chcę obciachu, postanawiam go rozchmurzyć.

Ja (podchodzę do niego i szepczę mu do ucha): Rozmawiałyśmy o seksie. Wyszło, że jesteś najlepszym kochankiem z omawianych.

ON wreszcie się uśmiecha. Wieczór wydaje się ocalony.
Do czasu.

Po szybkiej kolacji, czyli około północy, ON stawia na stole butelkę wódki.

ON: Teraz napijecie się ze mną.

Wypiłyśmy wcześniej trzy butelki wina i wątpię, żeby któraś z nas miała ochotę na wódkę. Ale grzecznie patrzymy, jak ON napełnia nam kieliszki i wznosi pierwszy toast. Patrzę z niepokojem na koleżankę, ale ona upija tylko trochę wódki z kieliszka, więc robię to samo. ON wypija do dna, patrzy na nasze kieliszki i cmoka niezadowolony.

ON: O nie, moje drogie, tak to się bawić nie będziemy. Będę pił równo z wami, więc czekam, aż dopijecie.

Ale my nie chcemy dopijać. Uciekam do łazienki, gdzie biorę szybki prysznic i wracam już w piżamie w nadziei, że coś zostało ustalone. I to coś praktycznego.
Ale przy stole sytuacja utknęła w martwym punkcie. Widząc, że zwolniłam łazienkę, koleżanka chwyta piżamę i podąża w moje ślady.

ON: Widzę, że nikt tu nie zamierza ze mną się napić. Widać nie jestem dość dobrym towarzystwem…
Ja: Przestań, proszę. Po prostu jesteśmy zmęczone, a poza tym nie mamy ochoty już pić.
ON: Masz się ze mną napić.
Ja: Mogę z tobą jeszcze posiedzieć, ale nie będę piła.
ON: To z jakąś pindą mogłyście pić? A kto się ze mną napije?
Ja: Z tobą piłyśmy wczoraj, poza tym zaprosiłybyśmy tę „pindę” do domu, gdyby nie to, że chciałeś w spokoju oglądać filmy.
ON: Ale nie oglądałem w końcu, bo mi się odechciało. Kwitłem tu cztery godziny mając nadzieję na miły wieczór, ale widzę, że nie jestem dość dobrym towarzystwem, by ze mną pić.

Bezsensowna rozmowa toczy się w najlepsze. W końcu ON postanawia wyjść.

ON: Idę poszukać towarzystwa, które się ze mną napije.
Ja: A gdzie???
ON: Nie wiem, ale poszukam.
Ja (wściekła jak osa): Jak wyjdziesz teraz, to zamknę drzwi i już nie wejdziesz.
ON: To zamknij.

Wychodzi. Zamykam. Po kilku minutach dobija się z powrotem. Nawet nie pytam, czemu nikogo nie znalazł.

Jest śmiertelnie obrażony. Obrażony jest również następnego dnia rano.
Widzę teraz wyraźnie, gdzie jest moje miejsce. Kto jest najważniejszy. Piłyście z pindą, której nawet nie lubicie, więc skoro nie chciałyście się napić ze mną, to musicie mieć o mnie jeszcze gorsze zdanie.” – dowodzi.

Obrażonego wystawiam za drzwi (duży skrót). ;-)Koniec pieśni.

Wyprawiamy Sylwestra. Do przyjścia gości jakaś godzina. Właśnie skończyliśmy przestawiać meble, przygotowałam jedzenie i inne niezbędne rzeczy. On już gotowy, a ja – jakoś tak wyszło – jeszcze w totalnym rosole. Zaczynam się szykować w pośpiechu, a on kręci się bez celu. W końcu nie wytrzymuje.

ON: Chyba jeszcze odkurzyć trzeba.
Ja: Oj, nie wiem, czy zdążymy. Chyba, że ty teraz odkurzysz.
ON: Jasne, ja mam sprzątać po tobie, a ty się będziesz pindrzyć!
Ja: No tak. Siebie jeszcze nie ruszyłam, a zaraz będą goście.
ON: I co – ważniejsze jest to, jak TY wyglądasz, a nie to, że w mieszkaniu jest syf?
Ja: Tak. To jest Sylwester i zamierzam ładnie wyglądać. Nie przyjmę gości w kapciach.

Awantura trwa w najlepsze, jednak uparcie kontynuuję robienie makijażu, potem się czeszę i wciskam w jakąć kreację.
ON obrażony wkłada kapcie i rozciągniętą dresową bluzę.
Ja ratuję makijaż, który próbuje spłynąć razem ze łzami.
ON zarzuca mi, że dbam tylko o siebie, ja usiłuję tłumaczyć, że na podłodze i tak zaraz bedzie się walało confetti, a goście będą się czuli zręczniej, gdy nie przyjmę ich w szlafroku.
Całą imprezę ON siedzi obrażony i się do mnie nie odzywa. Nie odzywa się też do pozostałych kobiet, za to wymienia ironiczne uwagi z facetami. Impreza jest beznadziejna, nie mam ochoty niczego ratować. Tuż po północy goście uciekają, ja też mam ochotę zwiać.
W efekcie idziemy spać przed drugą.

Następnego dnia nie trzeba leczyć kaca, za to nie trzeba również gotować, bo zostało mnóstwo prowiantu. Czyli nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. :-)

Zazdrość

26 komentarzy

7 rano.Budzi mnie ustawiony przy łóżku telefon. Odbieram i słyszę kobiecy głos. Wszystko wskazuje na to, że należący do niezbyt rozgarniętej kobiety (później okaże się, że to ja jestem mało rozgarnięta… choć zwalam to na zaspanie ;-) )

ONA: Dzień dobry… Ja mam pani numer od pani sąsiadki… eee… przepraszam, że tam wcześnie dzwonię, ale zgubiłam adres, a jestem na dworcu i pani sąsiadka powiedziała, że w razie czego mogę do pani zadzwonić… Czy może mi pani podać adres? Bo ja nie wiem, gdzie jechać, a muszę…

Ja – szalenie inteligentnie podaję adres- uwzględniwszy numer mieszkania sąsiadki, nie własny. Nie widzę w tym żadnego niebezpieczeństwa.
Obok mnie ON, obudzony moją rozmową, właśnie przeciera oczy.

ONA: Bardzo panią przepraszam jeszcze raz… I dziękuję bardzo…
Ja: Nie ma sprawy. Do widzenia.

Odkładam słuchawkę.

ON: Kto to był?
Ja: A nie wiem. Jakaś idiotka, znajoma sąsiadki.

Nie jestem podejrzliwa, bo sąsiadka prowadzi kółko różańcowe i przez korytarz przewijają się stada kobiet maści wszelakiej. Dlaczego więc nie miałyby do mnie dzwonić?

Po chwili znów dzwoni telefon. Ona.

ONA: Przepraszam, że jeszcze raz zawracam głowę…
Ja: Nie ma sprawy. Słucham panią.
ONA: Czy jest może obok pani mój mąż, X?

I wszystko jasne. Podaję mu słuchawkę ze słowami: „twoja żona”. On robi wielkie oczy i rozmawia z nią przez chwilę. Półsłówkami.

Dodać należy (jak zwykle chcę się wybielić), że nic mi nie wiadomo o żadnym trójkącie. Zgodnie z jego wersją małżeństwo istnieje wyłącznie na papierze. Wyprowadził się od żony cztery miesiące przed naszym pierwszym spotkaniem, a teraz już od pół roku jesteśmy razem. ON praktycznie u mnie mieszka.
ON kończy rozmowę, wyraźnie zdegustowany. Przytulam się do niego.

Ja: Wiesz, kochanie, nawet nie jestem zazdrosna… Nawet się nie zdenerwowałam. Tak bardzo ci ufam.
ON (odpychając mnie gwałtownie): Tak? Oczywiście! Nie jesteś zazdrosna, bo ci na mnie nie zależy!

Głupieję. Chciałam dobrze, myślałam, że to zazdrość jest be, a tu taka niespodzianka… Tymczasem ON poważnie się obraża.

Gdy kilka tygodni później robię się zazdrosna o jego żonę, a jeszcze później o inne babki, awantury są jeszcze większe. I bądź tu człowieku mądry…

Acha… no i czas pokazał, że moja zazdrość nie była nieuzasadniona.

ON odwozi mnie do pracy. Rozmawiamy o planowanym wyjeździe na obóz szkoleniowy z psami. Trochę się czepiam, bo do wyjazdu zostało 18 dni, a trudno mi namówić go, żeby pomógł w przygotowywaniu psów do kursu.
Nagle on uśmiecha się ironicznie pod nosem.

ON: Wiesz, tak sobie myślę, że gdyby się okazało, że nagle coś mi się stało i mam uczulenie na sierść, to byłoby po twojej miłości do mnie.
Ja: No wiesz… Miałabym je oddać do schroniska?
ON: A co? Psy są ważniejsze ode mnie?
Ja: Ale o czym ty mówisz, przecież nie masz uczulenia.
ON: Ale mógłbym mieć- niektórzy ludzie mają.
Ja: Gdybyś miał uczulenie na sierść, nigdy byśmy się nie zeszli. Ja zawsze miałam psy, więc nie mogłabym brać pod uwagę kogoś z uczuleniem, a ty nie brałbyś pod uwagę mnie.
ON: Ale gdybym teraz nagle dostał.
Ja: Teraz byś nie dostał, bo masz tak bliski kontakt z nimi od tak długiego czasu, że nie możesz się tak nagle uczulić.
ON: Ale gdybym…
Ja: Facet! A gdyby się okazało, że masz uczulenie na moje psy, to wybrałbyś branie leków do końca życia, żeby móc z nami żyć, czy raczej byś nas zostawił? Do jasnej cholery! Przestań wyszukiwać problemy tam, gdzie ich nie ma!
ON:…
Ja: No i co? Brałbyś leki?
ON (z goryczą): Nie mamy o czym mówić.

No i jak tu wytrzymać z człowiekiem, który, gdy jest zadowolony, stanie na głowie, żeby znaleźć jakiś pretekst do olbrzymiego niezadowolenia?

Po chwili.

Ja: A gdyby się okazało, że nagle dostałeś uczulenie na mnie? Zostawiłbyś mnie?

Wiem, co mówię, bo pierwszy mąż był na mnie tak pięknie uczulony, że uczulenie na pyłki się chowa.

Ja: No? Skoro taki fajny temat do rozmowy wynalazłeś, to rozmawiajmy, czemu nie?

Na szczęście dojeżdżamy na miejsce i oboje z radością korzystamy z pretekstu, by zmienić temat. Mało brakowało, a znów by się wyprowadził. Uff.

Zeta-Jones

24 komentarzy

ON: Ta ciźka w reklamie jest podobna do Catherine Zety-Jones.
Ja: Eee, nie. Prędzej do Lucy Liu .
ON: A kto to jest?
Ja: Ta z Ally McBeal.
ON: Nie. Do Zety-Jones.
Ja (nie dający się ukryć blond): A ja?

Wciąż nie mogę zrozumieć, jakim cudem poleciał na mnie, skoro jego ideał wygląda zupełnie inaczej.

ON: Ty też.
Ja: Z której strony???
ON: Obejrzyj „Maskę Zorro”, to będziesz wiedziała, z której strony.

Chyba pije do mojego charakterku.

Ja: Widziałam „Maskę…” i podobieństwa za diabła nie widzę.
ON (wreszcie rzuca na mnie okiem i wzdycha): Cholerna blondyna.

PS.

Kilka dni później stoimy w sklepie przed półką z czasopismami. Na okładce jednego z nich rzeczona C.Z-J.

ON (biorąc do ręki egzemplarz i czytając podpis pod zdjęciem: „woli starszych panów”, czy coś w tym stylu): Już jej nie lubię.
Ja: A co ci szkodzi nadal ją lubić. Poza tym, wciąż chyba jest – według ciebie – ładniejsza ode mnie.

Właśnie pogodziliśmy się po sporej aferze z rozstaniem w tle, więc ON stara się nie podpaść.

ON: Jak to? Ależ skąd! Nigdy nie twierdziłem, że jest ładniejsza od ciebie!!! Znów przekręcasz moje słowa!
Ja: Nie przekręcam, nie przekręcam. Tak powiedziałeś. A zresztą – mniejsza z tym. Popatrz – na tym zdjęciu widać, jakie ona ma rzadkie włosy.
ON: O, no… rzeczywiście. Ona łysieje…

Wychodzimy ze sklepu zgodni i uśmiechnięci…


  • RSS