ON odwozi mnie do pracy. Rozmawiamy o planowanym wyjeździe na obóz szkoleniowy z psami. Trochę się czepiam, bo do wyjazdu zostało 18 dni, a trudno mi namówić go, żeby pomógł w przygotowywaniu psów do kursu.
Nagle on uśmiecha się ironicznie pod nosem.

ON: Wiesz, tak sobie myślę, że gdyby się okazało, że nagle coś mi się stało i mam uczulenie na sierść, to byłoby po twojej miłości do mnie.
Ja: No wiesz… Miałabym je oddać do schroniska?
ON: A co? Psy są ważniejsze ode mnie?
Ja: Ale o czym ty mówisz, przecież nie masz uczulenia.
ON: Ale mógłbym mieć- niektórzy ludzie mają.
Ja: Gdybyś miał uczulenie na sierść, nigdy byśmy się nie zeszli. Ja zawsze miałam psy, więc nie mogłabym brać pod uwagę kogoś z uczuleniem, a ty nie brałbyś pod uwagę mnie.
ON: Ale gdybym teraz nagle dostał.
Ja: Teraz byś nie dostał, bo masz tak bliski kontakt z nimi od tak długiego czasu, że nie możesz się tak nagle uczulić.
ON: Ale gdybym…
Ja: Facet! A gdyby się okazało, że masz uczulenie na moje psy, to wybrałbyś branie leków do końca życia, żeby móc z nami żyć, czy raczej byś nas zostawił? Do jasnej cholery! Przestań wyszukiwać problemy tam, gdzie ich nie ma!
ON:…
Ja: No i co? Brałbyś leki?
ON (z goryczą): Nie mamy o czym mówić.

No i jak tu wytrzymać z człowiekiem, który, gdy jest zadowolony, stanie na głowie, żeby znaleźć jakiś pretekst do olbrzymiego niezadowolenia?

Po chwili.

Ja: A gdyby się okazało, że nagle dostałeś uczulenie na mnie? Zostawiłbyś mnie?

Wiem, co mówię, bo pierwszy mąż był na mnie tak pięknie uczulony, że uczulenie na pyłki się chowa.

Ja: No? Skoro taki fajny temat do rozmowy wynalazłeś, to rozmawiajmy, czemu nie?

Na szczęście dojeżdżamy na miejsce i oboje z radością korzystamy z pretekstu, by zmienić temat. Mało brakowało, a znów by się wyprowadził. Uff.