7 rano.Budzi mnie ustawiony przy łóżku telefon. Odbieram i słyszę kobiecy głos. Wszystko wskazuje na to, że należący do niezbyt rozgarniętej kobiety (później okaże się, że to ja jestem mało rozgarnięta… choć zwalam to na zaspanie ;-) )

ONA: Dzień dobry… Ja mam pani numer od pani sąsiadki… eee… przepraszam, że tam wcześnie dzwonię, ale zgubiłam adres, a jestem na dworcu i pani sąsiadka powiedziała, że w razie czego mogę do pani zadzwonić… Czy może mi pani podać adres? Bo ja nie wiem, gdzie jechać, a muszę…

Ja – szalenie inteligentnie podaję adres- uwzględniwszy numer mieszkania sąsiadki, nie własny. Nie widzę w tym żadnego niebezpieczeństwa.
Obok mnie ON, obudzony moją rozmową, właśnie przeciera oczy.

ONA: Bardzo panią przepraszam jeszcze raz… I dziękuję bardzo…
Ja: Nie ma sprawy. Do widzenia.

Odkładam słuchawkę.

ON: Kto to był?
Ja: A nie wiem. Jakaś idiotka, znajoma sąsiadki.

Nie jestem podejrzliwa, bo sąsiadka prowadzi kółko różańcowe i przez korytarz przewijają się stada kobiet maści wszelakiej. Dlaczego więc nie miałyby do mnie dzwonić?

Po chwili znów dzwoni telefon. Ona.

ONA: Przepraszam, że jeszcze raz zawracam głowę…
Ja: Nie ma sprawy. Słucham panią.
ONA: Czy jest może obok pani mój mąż, X?

I wszystko jasne. Podaję mu słuchawkę ze słowami: „twoja żona”. On robi wielkie oczy i rozmawia z nią przez chwilę. Półsłówkami.

Dodać należy (jak zwykle chcę się wybielić), że nic mi nie wiadomo o żadnym trójkącie. Zgodnie z jego wersją małżeństwo istnieje wyłącznie na papierze. Wyprowadził się od żony cztery miesiące przed naszym pierwszym spotkaniem, a teraz już od pół roku jesteśmy razem. ON praktycznie u mnie mieszka.
ON kończy rozmowę, wyraźnie zdegustowany. Przytulam się do niego.

Ja: Wiesz, kochanie, nawet nie jestem zazdrosna… Nawet się nie zdenerwowałam. Tak bardzo ci ufam.
ON (odpychając mnie gwałtownie): Tak? Oczywiście! Nie jesteś zazdrosna, bo ci na mnie nie zależy!

Głupieję. Chciałam dobrze, myślałam, że to zazdrość jest be, a tu taka niespodzianka… Tymczasem ON poważnie się obraża.

Gdy kilka tygodni później robię się zazdrosna o jego żonę, a jeszcze później o inne babki, awantury są jeszcze większe. I bądź tu człowieku mądry…

Acha… no i czas pokazał, że moja zazdrość nie była nieuzasadniona.