Wyprawiamy Sylwestra. Do przyjścia gości jakaś godzina. Właśnie skończyliśmy przestawiać meble, przygotowałam jedzenie i inne niezbędne rzeczy. On już gotowy, a ja – jakoś tak wyszło – jeszcze w totalnym rosole. Zaczynam się szykować w pośpiechu, a on kręci się bez celu. W końcu nie wytrzymuje.

ON: Chyba jeszcze odkurzyć trzeba.
Ja: Oj, nie wiem, czy zdążymy. Chyba, że ty teraz odkurzysz.
ON: Jasne, ja mam sprzątać po tobie, a ty się będziesz pindrzyć!
Ja: No tak. Siebie jeszcze nie ruszyłam, a zaraz będą goście.
ON: I co – ważniejsze jest to, jak TY wyglądasz, a nie to, że w mieszkaniu jest syf?
Ja: Tak. To jest Sylwester i zamierzam ładnie wyglądać. Nie przyjmę gości w kapciach.

Awantura trwa w najlepsze, jednak uparcie kontynuuję robienie makijażu, potem się czeszę i wciskam w jakąć kreację.
ON obrażony wkłada kapcie i rozciągniętą dresową bluzę.
Ja ratuję makijaż, który próbuje spłynąć razem ze łzami.
ON zarzuca mi, że dbam tylko o siebie, ja usiłuję tłumaczyć, że na podłodze i tak zaraz bedzie się walało confetti, a goście będą się czuli zręczniej, gdy nie przyjmę ich w szlafroku.
Całą imprezę ON siedzi obrażony i się do mnie nie odzywa. Nie odzywa się też do pozostałych kobiet, za to wymienia ironiczne uwagi z facetami. Impreza jest beznadziejna, nie mam ochoty niczego ratować. Tuż po północy goście uciekają, ja też mam ochotę zwiać.
W efekcie idziemy spać przed drugą.

Następnego dnia nie trzeba leczyć kaca, za to nie trzeba również gotować, bo zostało mnóstwo prowiantu. Czyli nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. :-)