Na weekend przyjeżdża do nas koleżanka. Pierwszy wieczór spędzamy we trójkę w bardzo miłej atmosferze, drugiego wieczoru gość i ja chcemy się spotkać z jeszcze jedną koleżanką. Możemy albo wyjść na miasto, albo zaprosić ją do nas. ON przegląda program telewizyjny.

ON: No, dziewczyny, macie dziś wychodne. Ja mam wieczór telewizyjny. Okazało się, że nie tylko Pancernych mam dziś do oglądania, bo telewizja zadbała, bym nie nudził się przez cały wieczór.
Ja: No to bomba.
ON: W każdym razie – nie musicie się spieszyć do domu.

Wychodzimy bez poczucia winy. Wracamy grzecznie o 22:30. Po jego minie widać, że humor, z jakim nas żegnał, przeszedł do historii.

Ja: Coś się stało, kochanie?
ON (z zaciętą miną): Nie.
Ja (jestem babą, muszę drążyć): Przecież widzę, że coś jest nie tak…
ON: Wszystko OK.

Wcale nie widać, żeby było ok. Już nie wnikam. Mamy gościa, nie chcę obciachu, postanawiam go rozchmurzyć.

Ja (podchodzę do niego i szepczę mu do ucha): Rozmawiałyśmy o seksie. Wyszło, że jesteś najlepszym kochankiem z omawianych.

ON wreszcie się uśmiecha. Wieczór wydaje się ocalony.
Do czasu.

Po szybkiej kolacji, czyli około północy, ON stawia na stole butelkę wódki.

ON: Teraz napijecie się ze mną.

Wypiłyśmy wcześniej trzy butelki wina i wątpię, żeby któraś z nas miała ochotę na wódkę. Ale grzecznie patrzymy, jak ON napełnia nam kieliszki i wznosi pierwszy toast. Patrzę z niepokojem na koleżankę, ale ona upija tylko trochę wódki z kieliszka, więc robię to samo. ON wypija do dna, patrzy na nasze kieliszki i cmoka niezadowolony.

ON: O nie, moje drogie, tak to się bawić nie będziemy. Będę pił równo z wami, więc czekam, aż dopijecie.

Ale my nie chcemy dopijać. Uciekam do łazienki, gdzie biorę szybki prysznic i wracam już w piżamie w nadziei, że coś zostało ustalone. I to coś praktycznego.
Ale przy stole sytuacja utknęła w martwym punkcie. Widząc, że zwolniłam łazienkę, koleżanka chwyta piżamę i podąża w moje ślady.

ON: Widzę, że nikt tu nie zamierza ze mną się napić. Widać nie jestem dość dobrym towarzystwem…
Ja: Przestań, proszę. Po prostu jesteśmy zmęczone, a poza tym nie mamy ochoty już pić.
ON: Masz się ze mną napić.
Ja: Mogę z tobą jeszcze posiedzieć, ale nie będę piła.
ON: To z jakąś pindą mogłyście pić? A kto się ze mną napije?
Ja: Z tobą piłyśmy wczoraj, poza tym zaprosiłybyśmy tę „pindę” do domu, gdyby nie to, że chciałeś w spokoju oglądać filmy.
ON: Ale nie oglądałem w końcu, bo mi się odechciało. Kwitłem tu cztery godziny mając nadzieję na miły wieczór, ale widzę, że nie jestem dość dobrym towarzystwem, by ze mną pić.

Bezsensowna rozmowa toczy się w najlepsze. W końcu ON postanawia wyjść.

ON: Idę poszukać towarzystwa, które się ze mną napije.
Ja: A gdzie???
ON: Nie wiem, ale poszukam.
Ja (wściekła jak osa): Jak wyjdziesz teraz, to zamknę drzwi i już nie wejdziesz.
ON: To zamknij.

Wychodzi. Zamykam. Po kilku minutach dobija się z powrotem. Nawet nie pytam, czemu nikogo nie znalazł.

Jest śmiertelnie obrażony. Obrażony jest również następnego dnia rano.
Widzę teraz wyraźnie, gdzie jest moje miejsce. Kto jest najważniejszy. Piłyście z pindą, której nawet nie lubicie, więc skoro nie chciałyście się napić ze mną, to musicie mieć o mnie jeszcze gorsze zdanie.” – dowodzi.

Obrażonego wystawiam za drzwi (duży skrót). ;-)Koniec pieśni.