Niejako przy okazji, przypomniałam sobie ostatnio pewne wydarzenie.
Rozwodzę się z pierwszym mężem. Sąd Rodzinny to takie miłe, niesprawiedliwe miejsce, w którym kobieta jest z góry na wygranej pozycji, mając za sobą cały żeński skład sędziowski, a w moim przypadku jeszcze okoliczności.
Mąż, jako powód, pierwszy odpowiada na zadawane przez sędzinę pytania, ale strasznie się plącze. Ja się do tego przyzwyczaiłam przez lata związku, ale sędzina jest wyraźnie zirytowana.
W końcu nie wytrzymuje i kieruje pytanie do mnie.

ONA: Jak pani sądzi, dlaczego mąż przestał panią kochać?
Ja: Myślę, że mu się znudziłam po prostu.
ONA (do mojego męża): Czy pan się z tym zgadza?
ON (wyratowany z opresji skwapliwie przytakuje): Tak, tak!

Później, podczas podsumowania naszych zeznań, sędzina pyta mnie, czy jestem pewna, że nie chcę pozostać w tym małżeństwie.

Ja: Jestem pewna.
ONA (sądzę, że wbrew wszelkim panującym w sądach regułom): Nie dziwię się pani.

Mój mąż obraził się na nas obie.Podejrzewając chyba zmowę, bez słowa wyszedł z sądu. I tyle go widziałam.