za-co-on-sie-obrazil blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2003

Stało się. Jego pierwsza praca w Trójmieście. Za niezłe pieniądze, ale praca fizyczna. Po pierwszym dniu wrócił strasznie sponiewierany. Z siniakami, zadrapaniami, stłuczeniami. Pracę załatwił mu przyjaciel, który zaczynał w tej firmie od roboty jeszcze bardziej wrednej, a dziś siedzi przed monitorem, nic nie robi i zgarnia całkiem niezłą pensję. Taka kolej rzeczy. ON jednak nie jest przekonany. Facetowi z takimi aspiracjami trudno się przestawić.
Tydzień po pierwszym dniu w pracy ON odbiera mnie od koleżanki. Gdy wsiadam do samochodu, zagaduje.

ON: Mówiłaś już X, że pracuję w Trójmieście?
Ja: Jasne, że się pochwaliłam.
ON: A mówiłaś, JAK pracuję? Co ona na to?
Ja: No… Mówiłam. Podobało się jej, że pracujesz. No i obie stwierdziłyśmy, że to fajnie, że pracujesz fizycznie.
(Staram się, żeby nie czuł się gorszy przez to, że pracuje, jako zwykły robotnik. Zwłaszcza, że na mnie to nie robi wrażenia, odkąd doświadczam jego wysokiego IQ w życiu codziennym.)
ON (sarkastycznie): No jasne!
Ja: No… to znaczy, wiesz, to fajne, jak facet trochę popracuje fizycznie, to takie męskie… I bardzo mi się to podoba. I X też…
(Jezu, kochanie, zinterpretuj to, jak należy!)
ON: Oczywiście! Świetnie! Wielkie dzięki! Cieszycie się, że ja ZAPIERDALAM!

Ojej…

Oglądamy ckliwy film. Trochę wojny, trochę miłości. Film się kończy, ja sobie wzdycham znacząco.

Ja: Ach, gdybyś ty mnie tak kochał…

Nie odpowiada (czy facetowi tak trudno w takich chwilach dla własnego świętego spokoju powiedzieć: „ależ ja cię tak kocham! nawet bardziej!”? Wstaje, zostawiając mnie samą na kanapie i zaczyna się kręcić po mieszkaniu.

ON: Idź się kąpać, idziemy spać.
Ja: Nie chcę się kąpać! Chcę, żebyś mnie tak kochał, jak on ją! Sam idź się myć.

ON idzie do łazienki. Ja coraz smutniejsza leżę na kanapie. ON wychodzi z łazienki i staje nade mną.

ON: Ostatni raz oglądałem z tobą film! Jak ty masz tak reagować, to ja to pieprzę!

I pomyśleć, że powiedział to ktoś, kto odkąd obejrzał „Shreka”, regularnie pojękuje: „NIECH MNIE KTOŚ PRZYTULI…!”

Do mojego męża (wówczas prawie byłego, gdyż sprawa rozwodowa była w toku) przychodzi klient z psem. Tak się składa, że jest to również mój klient. Klient czujnie spostrzegł zbieżność nazwisk, miejsc pobytu i zainteresowań i wyciągnął własne – niemal słuszne – wnioski. Chcąc nawiązać z panem lekarzem weterynarii sympatyczną konwersację, uderza wyjątkowo niefortunnie.

Klient: Widzi pan, doktorze, jaki ten świat jest mały? Pan nam leczy psa, a pana żona nam go szkoli.

Mój prawie-ex-mąż zapowietrzył się na chwilę, by zaraz wybuchnąć:

ON: Ja sobie wypraszam!!! To nie jest moja żona!!! W żadnym wypadku!!! Ja panu zabraniam tak się mylić!!! Zabraniam tak mówić!!!

Klient uciekł i nigdy do niego nie wrócił. Zupełnie jak ja.


  • RSS