Czasem dzielimy ze sobą trudne chwile. Czasem ktoś nas zawiedzie, coś wkurzy, zirytuje. Staramy się o tym rozmawiać, bo podobno smutek podzielony na dwa jest o połowę mniejszy.
Pocieszamy się nawzajem, razem szukamy rozwiązań. Choć skutki tego współdziałania bywają opłakane…

ON (wściekły próbuje zasnąć): Ja nie wiem, jak ty możesz spać po tym wszystkim. Że też ci to nie przeszkadza!
Ja: Ależ przeszkadza mi tak samo, jak tobie. Ale o tej godzinie i tak nie jesteśmy w stanie niczego z tym zrobić. Poza tym nie posiadamy dość informacji i działalibyśmy na oślep. Może niesprawiedliwie.
ON: To po tobie spływa! Tylko ja się przejmuję! Ty nie zrobiłaś nic, żeby to zmienić!
Ja (już zirytowana): A co ty zrobiłeś, żeby to zmienić? A poza tym, to jesteś wściekły wcale nie na to, o czym rozmawiamy, tylko na Iksa, że się nie odzywa!
ON (już obrażony): WCALE nie jestem wściekły.

Następnego dnia budzi się obrażony jeszcze bardziej. Anuluje nasze plany i praktycznie się nie odzywa.

Ja (w nadziei na wyjaśnienie niezrozumiałej dla mnie sytuacji pytam): O co chodzi? Rozumiem, że możesz być zły na to, co się wczoraj stało. Rozumiem, że możesz być wściekły na Iksa. Ale ani z jedną, ani z drugą sytuacją ja nie mam nic wspólnego. Nie możesz się złościć na mnie o to, że zgodnie z prawdą oceniłam, że złoszczenie się w nocy nie ma sensu, bo niczego nie możemy zrobić… Więc za co się wściekasz na mnie???
ON (prosto i na temat): Bo wczoraj w nocy stanęłaś przeciwko mnie.

I koniec. Kto nie wścieka się ze mną, wścieka się przeciwko mnie?