za-co-on-sie-obrazil blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2004

Kłótnia zakończona decyzją o rozstaniu. Ponieważ ON mieszka u mnie – postanawia się wyprowadzić. Rozstanie w wersji „dojrzałej” wygląda tak, że nie wyrzucamy rzeczy świeżo-byłego partnera przez okno, choć mamy na to wielką ochotę, lecz pozwalamy mu spokojnie dokończyć swoje sprawy i wyprowadzić się w najkrótszym dogodnym dla niego terminie.
W tym wypadku ustaliliśmy, że będzie to tydzień.

Po tak zakończonej rozmowie siedzę sama w pokoju i próbuję myśleć pozytywnie. W końcu, próbując się odnaleźć w nowej sytuacji, idę do NIEGO, do drugiego pokoju.

Ja: A czy przez ten czas, gdy jeszcze tu będziesz, mogę nadal mówić do ciebie „kochanie”? Trudno by mi było się przestawić…
ON: Tak.

Ależ on nieczuły, myślę.

Ja: A czy mogę cię czasem odruchowo całować?…

ON patrzy na mnie intensywnie, a twarz jakby my drga dziwnie… Nagle wstaje i mocno mnie przytula.

ON (czule): Głupia baba, jaka głupia baba.

Chyba się jednak nie wyprowadzi…

Odsuwa mnie i bierze się pod boki, jak jakiś wójt, albo inny sołtys.

ON: Straszne: żadne z nas nie ustąpi ani na krok. Ja to jestem usprawiedliwiony, bom rogaty Koziorożec, ale ty – Panna? Chyba, że po ojcu – Koziorożcu taka uparta jesteś…
Ja (uśmiechając się zalotnie): Jestem dzieckiem swoich rodziców, skarbie. Ojciec Koziorożec, ale matka… BARAN. Sam rozumiesz…
ON: Jasna cholera! Twoja matka jest Baranem??? Gdybym ja to wcześniej wiedział!!!

Ha! Niech wie, z kim zadarł.

Pracowity dzień. ON pracuje przy swoim biurku, a ja w ramach przerwy w pracy przygotowuję obiad. Jednak co kilka minut uciekam z kuchni, by pozerkać na film w telewizji.
W pewnej chwili ON wpada do kuchni, gdy mnie akurat tam nie ma, po czym przybiega do mnie.

ON (woła radośnie): Kochanie, naleśnik ci się przypala!
Ja (już znad patelni): Nam, kochanie, NAM!

A co! Równouprawnienie mamy.

Razem w kuchni. ON zmywa, ja mieszam składniki na ciasto. Po przelaniu ciasta do foremki proponuję mu wylizanie łyżki. Zwykle do miski i łyżki po cieście stoi kolejka. Tym razem on odburkuje mi niegrzecznie, że nie chce.
Jak to baba, robię się czujna.

Ja: Co się stało? Masz zły humor?
ON: Tak, mam zły humor.
Ja: Ale dlaczego? Co się stało tak nagle?
ON: Nieważne, nie chcę o tym mówić.

Jestem w kropce, bo jeszcze dziesięć minut wcześniej tryskał pozytywną energią.

Ja: Proszę cię, powiedz, co się stało, bo się niepokoję.
ON: Nie.

Takie przepychanki słowne trwają jeszcze kilka minut, w końcu już mocno wkurzona wywalam go z kuchni.
Kończę swoje zadania i idę za nim do pokoju.

Ja: Jest mi przykro. Czy ty nie rozumiesz, że gdy nagle tracisz humor i nie chcesz powiedzieć dlaczego, to ja sobie wyobrażam najgorsze? Gdybyś powiedział, że jesteś zły, bo to i tamto, nie musiałabym się zastanawiać.
ON: No to się nie zastanawiaj! Mam zły humor, za dziesięć minut mi przejdzie. Muszę ci mówić, dlaczego?
Ja: Musisz! To znaczy – nie musisz, ale wtedy musisz się liczyć z tym, że pomyślę, że dostałeś SMSa od kochanki, że jest w ciąży, nie wiesz, jak to rozegrać i stąd nagła utrata humoru! Więc jeśli nie chcesz, żebym sobie wyobrażała takie straszne rzeczy, albo szukała winy w sobie, to powiedz, co się stało!

ON milczy przez chwilę, po czym wzdycha.

ON: Bo w tym garnku, który myłem, coś zaschło na dnie i się strasznie wkurzyłem, że nie mogę tego domyć. I straciłem humor…

Święci Pańscy!!!
Ale i tak muszę mieć ostatnie słowo!

Ja: Wiesz, ja ten garnek myję codziennie. I zawsze trudno go domyć. Pomyśl, jaka bym chodziła wściekła, gdybym traciła humor z takiego powodu. Przez pół doby byłabym zła po myciu garnka, przez drugie pół na myśl o tym, że niedługo będę go myć..!!! Jakie ty masz szczęście, że ja taka nie jestem.

Ma szczęście, nie?

Zwyczajna sobota. Nachodzi mnie nastrój na porządki domowe. Od razu po śniadaniu wstawiam pranie, zmywam naczynia z kilku dni, zaczynam rozbierać choinkę. Zmieniam kotom piasek w kuwecie, przy okazji odkurzając ten, który z kuwety wysypały. Robię to potajemnie, bo ON strasznie się wścieka, gdy mnie na tym przyłapie. Mówi, że potem podczas odkurzania cała chałupa śmierdzi kocim moczem. Jest w tym sporo prawdy, jednak owej soboty nic sobie z tego nie robię: mam tyle odkurzania, że nie raz wymienię worek w odkurzaczu tego dnia.

Po ogarnięciu mieszkania rozbieram do końca choinkę. ON tnie ją na kawałki, co umożliwia wepchnięcie jej do worka, w którym choinka zostaje wyniesiona na śmietnik.

Praca wre, całkiem fajnie jest, dopóki nie przychodzi mu do głowy, żeby spytać, czy odkurzałam wokół kuwety. Przyznaję się i słyszę, że jestem ograniczona umysłowo i tak dalej. Już wściekły łapie odkurzacz. Wiedząc, że gdy tylko zacznie odkurzać, poczuje koci smrodek, gwałtownie protestuję, mówiąc, że ja odkurzę. W końcu stawiam na swoim i mam odkurzacz do swojej dyspozycji. Zaczynam zbierać rurą od odkurzacza rozsypane wszędzie igły z choinki. Szybko napełniam do końca worek z kocim piaskiem i zadowolona wymieniam go na nowy. Teraz po domu rozchodzi się zapach choinki…

Igieł jest mnóstwo, szczególnie po tym, jak ON rozczłonkowywał choinkę za pomocą wyrzynarki. Zbieram je cierpliwie spod mebli, zza kanap, ze stołu, z wersalki… Wkrótce zapełniam drugi worek (a właściwie pierwszy, zważywszy, że poprzedni był prawie pełny już na początku odkurzania). Gdy zakładam nowy worek, ON nagle wpada do pokoju:

ON: Ty odkurzasz te igły???!!!
Ja: No tak… a co mam z nimi zrobić?
ON: Jak to co!!! Zebrać na szufelkę i wyrzucić, a nie marnować worki! Wiesz ile taki jeden worek kosztuje??? Za opakowanie zapłaciłem 24 złote!!!
Ja: Ale jakim cudem tyle zapłaciłeś, skoro ja kupuję opakowanie za dychę? Oj uspokój się – próbuję go udobruchać. Przecież igły odkurzamy raz w roku, więc nawet jeśli zmarnowałam, jak twierdzisz, jeden worek, to co to jest w skali roku?

On wychodzi z pokoju już wstępnie obrażony, ja kończę sprzątać. Używam odkurzacza do takich prac nie z przekory, lecz z braku zmiotki w domu. Szufelka, owszem, jest, ale zmiotkę wyniosłam kiedyś do samochodu i przepadła. Żaden to wydatek wprawdzie, ale podczas zakupów nikt z nas o tym nie pamięta.

Gdy mieszkanie już lśni, ubieram się i zagaduję go:

Ja: Kochanie, na co masz ochotę na obiad?
ON: A co jest?
Ja: No jeszcze nic, od rana sprzątałam. Trzeba coś kupić, ale najpierw muszę wiedzieć, co byś zjadł.
ON: I co? Może mamy jechać do sklepu jeszcze?
Ja: No tak, jeśli chcemy jeść, to trzeba zrobić zakupy.
ON: To nie mogłaś ich zrobić rano, jak był otwarty sklep pod domem?
Ja: Od rana sprzątałam, a sklep pod domem jest nastawiony na zaopatrywanie lokalnych meneli i nie ma w nim nic sensownego do jedzenia…
ON: To nie mogłaś najpierw zrobić zakupów, a potem się wziąć za sprzątanie? Oczywiście zakupy musisz robić teraz, gdy czynne są już tylko hipermarkety!

(Na usta mi się ciśnie: A NIE MOGŁEŚ TEGO ZROBIĆ SAM??? Najbliższy czynny sklep jest 5 minut spaceru od domu…)

Wściekła byłam straszliwie, ale udało mi się go nie zabić.

Kilka dni później, na moje wyraźne życzenie w domu pojawił się nowy komplet zmiotka+szufelka. Żebym już nie musiała wysłuchiwać teorii, jak można koci piasek zgarniać szufelką dopychając go do ściany, a igły choinkowe spychać na szufelkę dłonią odzianą w roboczą rękawicę…

Ale to niewiele zmieni, bo chłopu, jak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, nie dogodzisz…


  • RSS