Zwyczajna sobota. Nachodzi mnie nastrój na porządki domowe. Od razu po śniadaniu wstawiam pranie, zmywam naczynia z kilku dni, zaczynam rozbierać choinkę. Zmieniam kotom piasek w kuwecie, przy okazji odkurzając ten, który z kuwety wysypały. Robię to potajemnie, bo ON strasznie się wścieka, gdy mnie na tym przyłapie. Mówi, że potem podczas odkurzania cała chałupa śmierdzi kocim moczem. Jest w tym sporo prawdy, jednak owej soboty nic sobie z tego nie robię: mam tyle odkurzania, że nie raz wymienię worek w odkurzaczu tego dnia.

Po ogarnięciu mieszkania rozbieram do końca choinkę. ON tnie ją na kawałki, co umożliwia wepchnięcie jej do worka, w którym choinka zostaje wyniesiona na śmietnik.

Praca wre, całkiem fajnie jest, dopóki nie przychodzi mu do głowy, żeby spytać, czy odkurzałam wokół kuwety. Przyznaję się i słyszę, że jestem ograniczona umysłowo i tak dalej. Już wściekły łapie odkurzacz. Wiedząc, że gdy tylko zacznie odkurzać, poczuje koci smrodek, gwałtownie protestuję, mówiąc, że ja odkurzę. W końcu stawiam na swoim i mam odkurzacz do swojej dyspozycji. Zaczynam zbierać rurą od odkurzacza rozsypane wszędzie igły z choinki. Szybko napełniam do końca worek z kocim piaskiem i zadowolona wymieniam go na nowy. Teraz po domu rozchodzi się zapach choinki…

Igieł jest mnóstwo, szczególnie po tym, jak ON rozczłonkowywał choinkę za pomocą wyrzynarki. Zbieram je cierpliwie spod mebli, zza kanap, ze stołu, z wersalki… Wkrótce zapełniam drugi worek (a właściwie pierwszy, zważywszy, że poprzedni był prawie pełny już na początku odkurzania). Gdy zakładam nowy worek, ON nagle wpada do pokoju:

ON: Ty odkurzasz te igły???!!!
Ja: No tak… a co mam z nimi zrobić?
ON: Jak to co!!! Zebrać na szufelkę i wyrzucić, a nie marnować worki! Wiesz ile taki jeden worek kosztuje??? Za opakowanie zapłaciłem 24 złote!!!
Ja: Ale jakim cudem tyle zapłaciłeś, skoro ja kupuję opakowanie za dychę? Oj uspokój się – próbuję go udobruchać. Przecież igły odkurzamy raz w roku, więc nawet jeśli zmarnowałam, jak twierdzisz, jeden worek, to co to jest w skali roku?

On wychodzi z pokoju już wstępnie obrażony, ja kończę sprzątać. Używam odkurzacza do takich prac nie z przekory, lecz z braku zmiotki w domu. Szufelka, owszem, jest, ale zmiotkę wyniosłam kiedyś do samochodu i przepadła. Żaden to wydatek wprawdzie, ale podczas zakupów nikt z nas o tym nie pamięta.

Gdy mieszkanie już lśni, ubieram się i zagaduję go:

Ja: Kochanie, na co masz ochotę na obiad?
ON: A co jest?
Ja: No jeszcze nic, od rana sprzątałam. Trzeba coś kupić, ale najpierw muszę wiedzieć, co byś zjadł.
ON: I co? Może mamy jechać do sklepu jeszcze?
Ja: No tak, jeśli chcemy jeść, to trzeba zrobić zakupy.
ON: To nie mogłaś ich zrobić rano, jak był otwarty sklep pod domem?
Ja: Od rana sprzątałam, a sklep pod domem jest nastawiony na zaopatrywanie lokalnych meneli i nie ma w nim nic sensownego do jedzenia…
ON: To nie mogłaś najpierw zrobić zakupów, a potem się wziąć za sprzątanie? Oczywiście zakupy musisz robić teraz, gdy czynne są już tylko hipermarkety!

(Na usta mi się ciśnie: A NIE MOGŁEŚ TEGO ZROBIĆ SAM??? Najbliższy czynny sklep jest 5 minut spaceru od domu…)

Wściekła byłam straszliwie, ale udało mi się go nie zabić.

Kilka dni później, na moje wyraźne życzenie w domu pojawił się nowy komplet zmiotka+szufelka. Żebym już nie musiała wysłuchiwać teorii, jak można koci piasek zgarniać szufelką dopychając go do ściany, a igły choinkowe spychać na szufelkę dłonią odzianą w roboczą rękawicę…

Ale to niewiele zmieni, bo chłopu, jak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, nie dogodzisz…