Kłótnia zakończona decyzją o rozstaniu. Ponieważ ON mieszka u mnie – postanawia się wyprowadzić. Rozstanie w wersji „dojrzałej” wygląda tak, że nie wyrzucamy rzeczy świeżo-byłego partnera przez okno, choć mamy na to wielką ochotę, lecz pozwalamy mu spokojnie dokończyć swoje sprawy i wyprowadzić się w najkrótszym dogodnym dla niego terminie.
W tym wypadku ustaliliśmy, że będzie to tydzień.

Po tak zakończonej rozmowie siedzę sama w pokoju i próbuję myśleć pozytywnie. W końcu, próbując się odnaleźć w nowej sytuacji, idę do NIEGO, do drugiego pokoju.

Ja: A czy przez ten czas, gdy jeszcze tu będziesz, mogę nadal mówić do ciebie „kochanie”? Trudno by mi było się przestawić…
ON: Tak.

Ależ on nieczuły, myślę.

Ja: A czy mogę cię czasem odruchowo całować?…

ON patrzy na mnie intensywnie, a twarz jakby my drga dziwnie… Nagle wstaje i mocno mnie przytula.

ON (czule): Głupia baba, jaka głupia baba.

Chyba się jednak nie wyprowadzi…

Odsuwa mnie i bierze się pod boki, jak jakiś wójt, albo inny sołtys.

ON: Straszne: żadne z nas nie ustąpi ani na krok. Ja to jestem usprawiedliwiony, bom rogaty Koziorożec, ale ty – Panna? Chyba, że po ojcu – Koziorożcu taka uparta jesteś…
Ja (uśmiechając się zalotnie): Jestem dzieckiem swoich rodziców, skarbie. Ojciec Koziorożec, ale matka… BARAN. Sam rozumiesz…
ON: Jasna cholera! Twoja matka jest Baranem??? Gdybym ja to wcześniej wiedział!!!

Ha! Niech wie, z kim zadarł.