Wyprowadzamy się na sezon letni na wieś. Do miasta wpadam najwyżej dwa razy w tygodniu do pracy; tak sobie ustawiam klientów, żeby nie zostawać tu dłużej, niż to konieczne. Informuję go, że mam poustawiane zajęcia od rana do wieczora, tak, że cały dzień muszę spędzić na miejscu.

Wczesnym rankiem, jeszcze przed zajęciami, dowiaduję się, że muszę w środku dnia pilnie coś załatwić. Wcześniej jednak powinnam uzgodnić to telefonicznie, więc korzystam z uprzejmości przyjaciółki, która pozwala bym podzwoniła po stosownych urządach od niej, zamiast zużywać kartę telefonu komórkowego. Tym chętniej ją odwiedzam, że tuż obok jej domu jest jeszcze jedno miejsce, które tego dnia muszę odwiedzić.

Po dogadaniu wszystkiego w urzędach wysyłam mu smsa z pytaniem, czy będzie mógł mnie podwieźć na drugi koniec miasta, żebym zdążyła załatwić wszystko, co załatwić muszę. Zgadza się, pisze, że będzie po mnie za godzinę. Proszę, by podjechał po mnie w takim razie do przyjaciółki – jemu będzie bliżej, a ja wypiję kawę, zamiast gnać do domu tylko po to, by odebrał mnie stamtąd. Wszystko wydaje się ustalone…

Gdy podjeżdża, czekam już pod domem. Uśmiech zastyga mi na twarzy, bo widzę, że jest nieprzeciętnie wkurzony.

Ja: Kochanie, co się stało?
ON: Szofera sobie znalazłaś!!! Miałaś pracować CAŁY dzień, a ty kawkujesz z psiapsiółką!!! Mogłaś sama sobie pojechać do urzędu!!!
Ja: Ale ja nie twierdziłam, że będę CAŁY dzień w pracy, tylko, że mam zajęcia poustawiane od rana do wieczora: kilka godzin rano, kilka po południu.
ON: Oszukałaś mnie!!! Myślałem, że będziesz pracowała!

Awantura (ja też się obraziłam i milczałam, jak zaklęta) trwała dwa dni. Bo NIE PRACOWAŁAM, a ON myślał, że pracuję. I chłop, zamiast się cieszyć, że miałam godzinę przerwy (co do minuty niemal) na kawę, zmartwił się, że mnie życie za słabo kopie.

Ja go tu obsmarowuję, a ON pewnie się przejął, że za mało zarobię…