Moja przyjaciółka pracuje „przez ścianę” ze swoim niedoszłym narzeczonym (a może byłym narzeczonym, zważywszy, że odwołał ślub), natomiast aktualnie zaledwie partnerem (związku nie anulował). Chcąc nie chcąc, gdy odwiedzam ją w pracy, często mijam się w drzwiach z tymże egzemplarzem. Mijam się, bo ON raczej za mną nie przepada i o moim istnieniu przypomina sobie wyłącznie, kiedy trzeba zażegnać jakiś konflikt w ich związku, a gdy na horyzoncie chmur brak – na mój widok wychodzi.
Otóż ostatnio, zupełnie nieumyślnie, stałam się zarzewiem takiego konfliktu.

Podczas wizyty u przyjaciółki przechwalałam się zdjęciem z USG mojego maleństwa. Nowoczesna technologia sprawia, że takie zdjęcia są obecnie na tyle wyraźne, iż można podziwiać nawet wyraz twarzy swojego nienarodzonego dziecka, nie mówiąc o innych szczegółach anatomicznych. W chwili, gdy toczyła się dyskusja na temat domniemanej płci mojego dziecka, wszedł ów życiowy partner mej przyjaciółki i również wyraził zainteresowanie podziwianym przez nas zdjęciem.

ON (przyglądając się uważnie pewnemu niewielkiemu punkcikowi na wydruku): O, to chyba chłopak będzie.
Ja: E, tego jeszcze nie wiadomo. Lekarz powiedział, że na sto procent powie mi za dziesięć tygodni. Póki co, tej samej wielkości jest rozwijający się ptaszek, co łechtaczka.
ON: Hmm… Łechtaczka? A co to jest?

Być może chciał być dowcipny, lecz ostrze tego żartu błyskawicznie obróciło się przeciwko niemu…

Ja: Nie wiesz, co to jest łechtaczka? No tak, pewnie gdybyś wiedział, pożycie między tobą, a moją przyjaciółką układałoby się znacznie lepiej…

I co on zrobił? Obraził się! Wyszedł bez słowa, purpurowy na twarzy i do dziś nie chce mnie oglądać.

A skąd ja miałam wiedzieć, że uderzyłam w czuły punkt? Przecież nie powiedziałam, że ma małego…

A moja przyjaciółka?… Nietrudno zgadnąć, jak „umila” życie urażona ambicja faceta typu MACHO, który zaczyna podejrzewać (niesłusznie, niesłusznie!), że jego druga połowa wszem i wobec rozpowiada o jego nikłym talencie do „tych spraw”…