Policjanci też się obrażają.
Przesłuchuje mnie ważny pan funkcjonariusz. Sprawa dotyczy mojego zgłoszenia i jego niewiarygodnych konsekwencji.
W skrócie: wypuściłam w teren dwa konie z dwójką dzieci na grzbietach (piętnasto- i dziewięciolatką). Po powrocie blade ze strachu dziewczyny opowiedziały, że w lesie zostały zaczepione przez dwóch pijanych mężczyzn, którzy próbowali spłoszyć konie podjeżdżając pod ich zady i trąbiąc. Dziewczynki musiały się ratować uciekając na koniach do jeziora, bo tam panowie swoim samochodem wjechać nie mogli.
Oczywiście pojechałam z moim partnerem do tego lasu, żeby sprawdzić, czy amatorzy mocnych wrażeń jeszcze tam są. Byli, zalani w trupa. Ponieważ nie byli skłonni przyznać się do winy, za to byli bardzo skłonni grozić nam śmiercią, kalectwem i zniszczeniem naszego auta, poinformowałam ich, że zawiadamiam policję o przygodzie dziewczynek.

Większości ludzi nie trzeba tłumaczyć, co może się stać, gdy spłoszy się koń, na którym siedzi dziwięcioletnie dziecko. Najprościej mówiąc – może się stać wszystko, z najgorszym na czele. Wystarczy uderzyć głową w drzewo, korzeń, wystarczy, że spłoszony koń po zrzuceniu jeźdźca postanowi się cofnąć, wdeptując go w ziemię… Łatwo sobie wyobrazić.

Pan policjant podczas przesłuchania próbuje sobie ułatwić robotę:

ON (protokołując): Dziewczynki się przestraszyły, choć w zasadzie nic się nie stało, tak?
Ja: Nie. Dziewczynki się przestraszyły, bo zdawały sobie sprawę z zagrożenia. Zagrożenie było, bo coś się stało, a nie dlatego, że nic się nie stało.
ON: No ale w sumie nic się nie stało, prawda?
Ja: Nieprawda.
ON: No to co się stało?

Jak mu to wytłumaczyć, do jasnej cholery? Oparłam się łokciami o jego biurko i przysunęłam dłoń do jego twarzy.

Ja: Proszę sobie wyobrazić, że przykładam teraz panu nóż do gardła. Nic się nie stanie. Tak? Takie wydarzenie uznajemy za niebyłe, tak?
ON: Acha.

Przez ułamek sekundy mam wrażenie, że zrozumiał. A gdzie tam!!! ON tylko poprawia się w krześle i, uwaga, będzie używał autorytetu policji:

ON: Proszę przestać mówić nie na temat! Ja zadaję pytania, pani odpowiada! Jasne?

Głupek. Trudno przegadać kobietę, a kobiety w piątym miesiącu ciąży po prostu przegadać się nie da. Żaden mundur nie pomoże.

Ja: Niejasne! Chyba, że będzie pan protokołował słowo w słowo to, co mówię, a nie własną interpretację moich wypowiedzi. Nie powiedziałam i w życiu nie powiem, że nic się nie stało tamtego dnia!

ON zaczerwienił się, potem zbladł i wyraźnie zaczął drżeć. Nie łudzę się, że ze strachu. Stawiam na złość.

ON: Skończmy ten temat. Piszę: dziewczynki opowiedziały, że były zaczepiane przez dwóch mężczyzn, ale nic się nie stało…
Ja: Nie! Bzdura! Dziewczynki były zaczepiane przez dwóch mężczyzn, którzy próbowali spłoszyć konie! Dziewczynki mogły spaść, mogły się zabić! Musiały uciekać do jeziora, a do stajni wracały bezdrożami, żeby nie natknąć się na tych drani! To jest nic?! (Znów pochylam się nad biurkiem.) Powtarzam panu: przyłożę panu nóż do gardła, ale nic się nie stanie! Nawet draśnięcia! Wolno mi?
ON (kompletnie, ku mojej uciesze, tracąc panowanie nad sobą): Proszę schować ten nóż i przestać mi nim grozić!

No. I od tej chwili grzecznie pisał to, co mówiłam. I jakoś nagle zaczął wszystko rozumieć. Szczególnie po tym, jak odsunęłam się od niego wyjaśniając, że przecież sam najlepiej widzi, że tu nikt nie ma noża i nikt mu tak naprawdę nie grozi.

A dlaczego w tym pokoju nie ma klamek, chciałoby się zapytać?

Na koniec pozwolę sobie wyjaśnić, że przesłuchanie wcale się nie odbyło w związku z naszym zgłoszeniem. Owi panowie, gdy usłyszeli, jak wzywamy policję (zresztą uciekli stamtąd przed przyjazdem policji, bo nam się nie uśmiechało zatrzymywać ich siłą), postanowili odwrócić kota ogonem: gdy dojechali do domu, zawiadomili policję o… usiłowaniu zabójstwa.

Zatem nie zadzierajcie ze mną, bo możecie być następni w kolejce.

Wasza Urodzona Morderczyni