Niedawno w naszej klatce schodowej pojawiła się atrakcyjnie wyglądająca reklama salonu fryzjerskiego. Tylko dla dorosłych i raczej dla panów, skoro w ofercie wymieniają wyłącznie strzyżenie męskie w promocyjnej cenie. Mój ukochany najpierw się zdziwił, później zainteresował, a jeszcze później zapalił do pomysłu skorzystania z usług owego salonu. Próbował namówić na wspólną wyprawę zwiadowczą naszego brodatego sąsiada, ale sąsiad postanowił nie zmieniać wizerunku ( a bynajmniej tym się tłumaczył odmawiając).

Temat krążył gdzieś w powietrzu, aż któregoś dnia, będąc w pobliżu owego zakładu fryzjerskiego, postanowiliśmy na własne oczy przekonać się, czy obsługa występuje topless.
Już wcześniej ustaliliśmy, że to mało prawdopodobne, a panie pewnie pracują po prostu w bieliźnie, co, gdy się wspomni tradycyjne zachowanie fryzjerek podczas strzyżenia, ich sposób poruszania się i gesty, zapowiada się mało seksownie. Gdy zajrzeliśmy do zakładu, okazało się, że jest jeszcze „gorzej”. Pani w czerwonej bieliźnie i narzuconym na nią równie czerwonym fartuszku, w skupionym milczeniu traktowała maszynką swojego jedynego klienta. Efekt, jakby ratowniczka ze „Słonecznego patrolu” występowała w T-shircie na jednoczęściowym kostiumie. Uznaliśmy, podobno zgodnie, że gra nie jest warta świeczki, a strzyżenie, choć tanie, niewarte zachodu związanego z dojazdem.

Traf jednak chciał, że niedługo potem znów znaleźliśmy się w tamtych stronach, a ON przypadkiem przypomniał sobie, że nie jest ostrzyżony.
„Idź”, powiedziałam zrezygnowana. „Choć wydawało mi się, że uznaliśmy, że to bez sensu. Ale skoro chcesz, to idź i już nie marudź.”

ON nie zaprotestował, nawet próbował udawać brak entuzjazmu. Wysiedliśmy z samochodu.

Ja: A wiesz, to nawet dobrze się składa. Tu, w tym centrum handlowym, jest dużo sklepów, to sobie pozwiedzam.
ON (stając jak wryty): Ale nie chcesz chyba chodzić po TYM SAMYM centrum handlowym, w którym znajduje się ten zakład?
Ja: A widzisz tu jakieś inne? Oczywiście, że po tym.
ON: Ale jeśli ty też tu wejdziesz, to ja będę się wstydził wejść do fryzjera!
Ja: Ale przecież nie pójdę z tobą! Po prostu pochodzę sobie po sklepach!
ON: Nie! Idź w drugą stronę. Do tego pasażu w ogóle nie wchodź!

Dla świętego spokoju poszłam w drugą stronę, zgodnie z życzeniem ukochanego mężczyzny – wiedząc z góry, że i tak pochodzę po sklepach, gdy tylko ON wejdzie do fryzjera, a dodatkowo planując, że do zakładu też sobie zajrzę przez szybkę…

Tak też zrobiłam. Najpierw zużyłam stosowną ilość czasu na zwiedzenie sklepów, a później zajrzałam do tego peep-show z aspiracjami. Moje kochanie siedziało na krzesełku przed lustrem z uśmiechem od ucha do ucha na twarzy, a wokół niego krążyła z maszynką pani w czerwonej bieliźnie i narzuconym na nią przezroczystym peniuarku. Krążyła aseksualnie (ale to może tylko moja opinia wypaczona przez zazdrosną naturę), ale niezaprzeczalny (i nie wypaczony) jest fakt, że do całego tego z założenia erotycznego wizerunku wyjątkowo nie pasowały drewniaki (wcale nie czerwone), kojarzące się raczej z pracą w rzeźni. Na tyle seksownie, na ile było to możliwe w utrudniających pląsy chodakach, fryzjerka strzygła a ON siedział i się poddawał. Nie zanosiło się na dodatkowe atrakcje, więc poszłam sobie zaczekać do solarium. Tam zaczęły mnie nachodzić czarne myśli i doszłam do wniosku, że wcale mi się nie podoba kochanie obsługiwane przez półnagą nimfę z kosiarką marki BRAUN.

Gdy więc ON wyszedł z zakładu fryzjerskiego usiłując wyglądać obojętnie i poważnie, ja zupełnie serio wyglądałam na poważnie wkurzoną. Nagle włączyła mi się asertywność i oświadczyłam, że bardzo nie podoba mi się, iż zdecydował się na wizytę w takim zakładzie, na co ON odparował, że liczył na to, że mu nie pozwolę, biedactwo.

Ja: Jesteś dorosły i nie mogę ci niczego nakazywać, ani zabraniać. Wyraziłam swoją opinię, że to bez sensu, gdy byliśmy tu ostatnio i myślałam, że podzielasz moje zdanie. Bardzo mnie dziś zawiodłeś!
ON: A może je czekałem, żebyś powiedziała, że nie życzysz sobie, abym tam szedł (akurat!!! kaktus mi wyrośnie w jakimś intymnym miejscu, jeśli rzeczywiście na to liczył!), a to TY mnie zawiodłaś pozwalając mi na to!

No i pięknie. Tak to się przerzucaliśmy wzajemnymi pretensjami, aż nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem.

Ja: A chociaż inteligenta była?
ON: Która?

Ledwo udało mi się pogodzić z faktem, że moje kochanie spędziło ostatni kwadrans w towarzystwie pani eksponującej biust w odległości 15 cm od jego nosa, a tu taka rewelacja: pań było więcej!!!

Ja: Jak to? To ile ich tam było???
ON: Dwie. Jedna do strzyżenia, druga do rozmowy.
Ja: I obie rozebrane???
ON: Nie. Tylko tak, która strzygła. Druga była w fartuchu, takim białym, fryzjerskim. W ogóle: jak wszedłem, to obie były w fartuchach, tylko ta, która będzie strzyc, przez strzyżeniem się rozbiera.

O rany!

Ja: To ta, która cię strzygła, w ogóle z tobą nie rozmawiała?!
ON: Nie. Rozmawiała ta druga. Chyba po to tam była, żeby zabawiać rozmową.
Ja: A czemu nie mogła tych rzeczy robić jedna osoba, hę???
ON: Bo ta, która mnie strzygła, była… głucha. Wiesz, oni tam stworzyli etaty dla osób niepełnosprawnych…

O kurczę! I co? Czy to wypada mieć pretensje do mężczyzny, który oddał się w takie ręce? (Wypada, ale po pierwszym szoku.)
Trochę czasu mi zajęło, by ochłonąć z wrażenia, szczególnie, że ON był nie mniej zdumiony. To tłumaczy przynajmniej ten durny uśmiech na jego twarzy, gdy poddawał się zabiegom roznegliżowanej niepełnosprawnej fryzjerki.

Ja (po chwili): No dobra… A ta, która rozmawiała – to inteligentna była?…
ON: Eeeee, nie bardzo. Ale powiedziała mi, że jak się zatrudnia inwalidę, to ZUS-u nie trzeba płacić za niego, a urząd pracy refunduje też część wynagrodzenia dla takiej osoby… Stąd promocyjne ceny…

No tak. Człowiek całe życie się uczy i trudno przewidzieć, GDZIE będzie miała miejsce kolejna lekcja…

Komentarz:

Chciałabym, aby jasne było, że nie bawi mnie fakt zatrudniania osoby niepełnosprawnej na takim stanowisku i że nie z inwalidztwa się tu śmieję. Szkoda, że osoba niepełnosprawna często nie ma szansy na znalezienie pracy, która nie uwłaczałaby jej godności i dotyczy to nie tylko roznegliżowanych fryzjerek.
Na szczęście – i od tej reguły są pewne wyjątki.