Budujemy dom. Ten proces, oprócz sporego nakładu wysiłku i czasu, wymógł na nas jeszcze jedną, dość istotną rzecz: musieliśmy zdobyć środki finansowe na budowę. Zdobyliśmy je, sprzedając mieszkanie. Na czas budowy (na szczęście błyskawicznej) przenieśliśmy się do rodziny. I tak – przyszło nam żyć we wspólnocie składającej się, oprócz nas, z dwojga dorosłych i dwójki dzieci.
Dzieci, jak to dzieci, bywają słodkie i klejące, co rodzi nieraz dość zabawne sytuacje: np. przyłapujemy stęsknionego za wujkiem małolata wpatrującego się w nas przez okno naszego pokoju.

Gdy jednak dzieci są w szkole, a ich rodzice w pracy – mamy pełną swobodę. Swobodę w czym? Ano choćby w korzystaniu z łazienki. Wiedząc jednak, jak nieprzewidywalne bywają dzieci, utrzymuję moją drugą połowę w stanie wiecznej czujności, co w praktyce objawia się między innymi tym, że mu przypominam o zamykaniu się w łazience, nawet, gdy, pozornie, jesteśmy w domu sami.

Któregoś dnia wpadł do łazienki, odpychając mnie od drzwi, by skorzystać bez kolejki z toalety. Ponieważ mściwa ze mnie bestia, zwróciłam uwagę, że nie zaryglował za sobą drzwi. Odczekałam chwilę na tyle długą, by zdążył zdjąć spodnie i poczuć tę ulgę, którą trudno powstrzymać i otworzyłam ciuchutko drzwi.

Ja (zmieniając głos na dziecięco-piskliwy – tuż za jego plecami): Wujek…

Ha! Myślałam, że dostanie zawału, gdy odwrócił ku mnie przerażone spojrzenie! Gdy tylko mnie dostrzegł, zapałał chęcią mordu, ale na niewiele się taka chęć zdaje, gdy jest się w trakcie oddawania moczu. Zdążyłam zwiać, dzięki czemu dziś, cała i zdrowa, zdaję tę relację.

A jemu złość minęła. Dawno.