za-co-on-sie-obrazil blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2006

Ciśnienie

18 komentarzy

Na obliczu mego nie-ślubnego złość ukazuje się równie wyraźnie, co plamy z marchewki na białym ubranku naszego syna. Po prostu nie da się tego ukryć, albo udawać, że to coś innego, niż jest.
I tak – któregoś dnia wracamy z basenu. Już wchodząc do domu zauważam, że podążający za mną ukochany, z twarzy ukochany bynajmniej nie jest. Ponury wzrok, zacięta mina, zaciśnięte usta – lepiej z nim nie zaczynać.
Ale ja nie umiem nie zaczynać, więc zaczynam.

Ja: Czemu nagle jesteś taki zły?
ON (tonem nie wróżącym nic dobrego): Nie jestem zły.
Ja: Nie gadaj, przecież widzę, że jesteś wściekły, tylko się zastanawiam, dlaczego. Czy coś się stało?
ON: Gdybyś miała takie ciśnienie na pęcherz, też byś była zła!

Moim zdaniem to doskonale się składa: dojechaliśmy do domu, toaleta jest sprawna i wolna. Okazuje się, że to wcale nie takie proste. A nawet bardziej skomplikowane, niż konstrukcja silnika spalinowego.

Zajmuję się tym, czym się zwykle kobieta zajmuje po wejściu do domu: rozbieram dziecko i siebie, ogarniam kuchnię, żeby zjeść w niej kolację i tak dalej. ON wnosi nasze bagaże, kręci się po domu, a gdy w końcu siada przy stole z niepokojem stwierdzam, że minę ma nadal dość wrogą. Mało delikatnie zagajam.

Ja: I co, byłeś w łazience?
ON (z jakiegoś powodu wściekły): Nie!

Wbrew sobie taktownie milczę. W sumie nie moja sprawa.

Jakiś czas później dziecko już śpi, ja oglądam jakiś film w telewizji, ON siedzi przy komputerze. Zagaduję go, by sprawdzić, czy mu wrócił humor, ale nie wrócił. Więc pytam (logiczne, przecież KAŻDA kobieta by to zrobiła, prawda?):

Ja: Byłeś w końcu w tej toalecie?
ON (ku mojemu zdumieniu): Nie.
Ja (zrywam się z łóżka zaciekawiona do granic): Jak to nie? Zwariowałeś? Czyżbyś nie miał okazji?
ON: Przecież mówię, że byłem! Głucha jesteś, czy co?

Głucha, nie głucha, widać to nie o TO ciśnienie chodziło. Może lepiej by było, gdyby w tej toalecie pomedytował, zamiast obniżać nie to ciśnienie, co trzeba.

Bezsenność

7 komentarzy

Któregoś dnia ON zaczyna mi się zwierzać:

ON: Wiesz, chyba jestem chory. Nie mogę zasnąć wieczorem…

Patrzę na niego z politowaniem.

Ja: Kochanie, skoro ci to przeszkadza, od jutra biorę się za przestawianie twojego rytmu dobowego.

Bez słowa obserwuję jego wieczorne zmagania na polu bitwy Close Combat, licząc tylko upływające godziny. Około drugiej przestaję obserwować.

Rano budzę go przed dziewiątą.

Ja: Kochanie, obawiam się, że musisz już wstać.
ON: Mmm.
Ja: Nie dyskutuj. Jeśli chcesz zasnąć wieczorem, nie możesz dzień w dzień spać, ile dusza zapragnie i jeszcze dosypiać popołudniowymi drzemkami, które trwają po parę godzin.
ON: Mhm mmm.

W końcu szczuję go dzieckiem, które bezlitośnie wpija się ząbkami w jego ramię. To go otrzeźwia.

Dzień mija w dość gęstej atmosferze ogólnego niewyspania. Poobiednią porą ON czai się, by zająć łóżko, jednak czujnie mu to uniemożliwiam.

ON wścieka się strasznie, obraża się, robi awanturę, a spytany o jej przyczyny, ma do powiedzenia tylko jedno:

ON: Bo ty od rana się mnie czepiasz!

No jasne. Zgadnijcie, czy wieczorem cierpiał na bezsenność.


  • RSS