W szczególnie gorącym momencie jakiegoś konfliktu, ON uderza w mój czuły punkt:

ON: Jesteś kompletnie bezużyteczna! W niczym mi nie pomagasz, jestem zdany wyłącznie na siebie! Całymi dniami nic nie robisz!

Ciekawe, że w owym momencie absolutnie szczerze mogłabym powiedzieć mu dokładnie to samo. Ale, głęboko urażona, nie mówię.

Za to dzień, czy dwa później, podczas konsumpcji pysznego obiadu i w atmosferze czułej zgody, zagaduję go.

Ja: Kochanie, ostatnio, gdy się kłóciliśmy, powiedziałeś, że uważasz mnie za kompletnego nieroba i pasożyta. Że w niczym ci nie pomagam… Naprawdę tak myślisz? Zawsze wydawało mi się, że jest wręcz przeciwnie, że wspieramy się nawzajem i tak dalej… Ale jeśli masz o mnie takie złe zdanie, chciałabym to wiedzieć.
ON (spoglądając na mnie z rozrzewnieniem i rozbawieniem): No coś ty! Powiedziałem to, żeby cię wkurzyć! Tak naprawdę uważam, że robisz wręcz za dużo! Chciałbym ci jakoś pomóc, odciążyć…
Ja: Ależ kotku, nie musisz mnie odciążać, wystarczy, że wiem, że widzisz, jak się staram…

I tak sobie kadzimy, jego żabot drży, moja tiurniura się kołysze, bon ton, miłość, motylki i kwiatki.

Lecz wkrótce znów nadciągają czarne chmury niezgody, a z nimi stare wypróbowane argumenty.

ON: Najchętniej byś tylko dyrygowała! Wszystko musi być tak, jak ty to sobie wymyśliłaś! Moje potrzeby się w ogóle nie liczą!
Ja: Jak możesz tak mówić? Jak możesz być taki niesprawiedliwy? Sam niedawno twierdziłeś coś innego! I przyznałeś się, że tymi zarzutami zwyczajnie chcesz mnie zdenerwować!
ON: Kłamałem! Mówiłem tak wyłącznie po to, żeby ci sprawić przyjemność! Za to teraz mówię prawdę!

Oczywiście.

Entliczek pentliczek,
prawd cały koszyczek.
Na którą wypadnie,
tą we mnie BĘC.