Chory mężczyzna (sztuk jeden) jest gorszy od chorych pięcioraczków. Ma nieszczęśliwą minę. Stęka. Na bieżąco informuje o stanie swoich trzewi. Opowiada historię choroby (czterogodzinną). Snuje czarne wizje na przyszłość.

I nie byłoby w tym nic irytującego, bo każdy ma prawo chorować i czuć się fatalnie, gdyby nie to, że chory mężczyzna stanowczo nie wykazuje najmniejszego zainteresowania poprawieniem swojego stanu.

Zastaję nie-męża chorego w domu. Ponieważ już wcześniej powiadomił mnie o swoim ciężkim stanie, dostarczam mu niezbędne leki. Prosto z apteki, do której chory mężczyzna nie miał siły dojść sam.

Zanim jednak docieram do domu, chory mężczyzna dzwoni do mnie.

ON: Jeszcze jesteś w G.? To kiedy będziesz w domu?
Ja: Za jakieś półtorej godziny.
ON: O rany! Ledwo żyję. Jestem słaby. Jestem…

Tu następuje opis dolegliwości, który wyzwala we mnie falę wyrzutów sumienia, że zamiast ocierać mu pot z czoła, jestem od jego spoconego czoła oddalona o jakieś 60 km.

Ja: Kochanie, skoro już ustaliliśmy, że nie pójdziesz do apteki, to ja wracając kupię lekarstwa. Ty weź teraz Smectę, którą kupiliśmy dziecku, a która szczęśliwie się dziecku nie przydała. Weź ze dwie, na pewno trochę pomogą.
ON (nagle ożywiony): Ależ Smecta jest obrzydliwa! Po niej będę się czuł jeszcze gorzej!

Jasne. To może wypiszę ci receptę na kurczka po seczuańsku i piwko, kotku.

Po powrocie do domu nie mogę się od razu zająć chorym mężczyzną. Najpierw muszę uśpić zmęczone podróżą dziecko.

Ja (do chorego mężczyzny): Idź na dół. W mojej torebce jest siatka z apteki. Weź od razu lek nr 1, a lek nr 2 możesz wziąć pół godziny później.
ON(rusza w kierunku drzwi, ale w progu odwraca się i pyta): A ile tabletek mam wziąć?
Ja (nie wiem): Nie wiem. Jak mi przyniesiesz opakowanie, to sprawdzę.
ON: Nie będę wchodził znów na górę. Jak zejdę na dół, to już tam zostanę.
Ja (stwierdzam fakt): To będziesz musiał sam przeczytać ulotkę i sprawdzić, ile tabletek masz wziąć.

ON zachmurza się i obrażony wydyma ust korale.

ON: Już nie potrzebuję. Od razu się zdrowy poczułem.

Głos, który leczy?
(Bo podobno ton miałam znaczący, a sama wypowiedź była tendencyjna.)