Godzina dziesiąta wieczorem. Lipiec, upalna noc. W domku letniskowym gościmy moją przyjaciółkę wraz z mężem i maleńkim synkiem.
Dzieci już śpią, gdy ON podchodzi do mnie i zaczyna szeptać konpiracyjnie.

ON: Co byś powiedziała, gdybyśmy poszli z G. nakarmić konie…?
Ja (niepewnie): To konie jeszcze nie jadły?
ON: Ależ jadły! Ale co byś powiedziała, gdybyśmy poszli z G. – tu puszcza do mnie oko – je nakarmić - ostatnie słowo wypowiada z naciskiem.

A niech sobie idą, myślę, w końcu we dwóch raczej nic nie zmalują. G. przekonuje moją przyjaciółkę, że konie nie mogą stać z pustymi brzuchami, a ON ustala ze mną szczegóły.

ON: To o której mamy wrócić?
Ja: Jesteś już dużym chłopcem, ośmieliłabym się nawet twierdzić, że pełnoletnim. Sam zdecyduj, kiedy wrócić z pijaństwa do domu.
ON (patrzy na zegarek): To możemy wrócić o północy?
Ja: Nie pytaj się o to mnie. Powiedz, o której będziesz i bądź, żebym się nie martwiła.
ON: To o północy.

Tak zdecydowawszy, mój nieślubny wyprowadza kolegę i znikają w mroku.

Zostajemy same. Patrzymy na siebie i kręcimy głowami rozbawione. Przestaje nam być do śmiechu o wpół do pierwszej, gdy oczywiście panów jeszcze nie ma, a nam kleją się już oczy. Wybieram się do łóżka, lecz przyjaciółka prosi, żebym zamknęła drzwi wejściowe na klucz. „Nie zasnę przy otwartych”, mówi, „umrę ze strachu”. Przekręcam zatem klucz w zamku, a co mi tam. Akademicki kwadrans dawno minął.

Budzę się nad ranem i ze strachem stwierdzam, że wokół panuje niczym nie zmącona cisza. Nikt nie puka, nie słychać żadnych głosów na tarasie… Wykręcam numer nieślubnego, lecz on nie odbiera telefonu. Próbuję kilkanaście razy, wędrując jednocześnie od okna do okna. Telefon milczy, a wokół domu panuje spokój. Psy pochrapują, ćmy latają.
Zastanawiam się, czy G. ma przy sobie swój telefon, ale nie dzwonię do niego obawiając się, że dzwonek pobudzi dzieci, gdyby okazało się, że telefon jednak został w domu.
Telepatycznie próbuję obudzić przyjaciółkę, w końcu zrezygnowana i przestraszona wracam do łóżka.

Co mogło się stać? We wsi była zabawa, a na wieskiej zabawie nietrudno o osiłka skorego do bitki. Może te nasze dwa chuchra leżą teraz gdzieś w rowie…
Słyszę, jak otwierają się drzwi sąsiedniej sypialni, więc natychmiast dzielę się z przyjaciółką swoimi obawami. Drżącymi palcami wystukuje numer swojego męża i za chwilę zamienia z nim kilka słów, po czym przekręca klucz w zamku, a przez próg wtaczają się nasze zguby. Moja wyraźnie obrażona.

ON: Zastaliśmy drzwi zamknięte, więc uznaliśmy, że nie chcecie nas widzieć. Postanowiliśmy, że dobijanie się jest poniżej naszej godności i poszliśmy spać do samochodu.

Rano, przy śniadaniu upływającym w gęstej atmosferze, nie wytrzymuję.

Ja: Mógłbyś chociaż powiedzieć głupie „przepraszam”! My się naprawdę o was martwiłyśmy!
ON (z godnością): Przeprosiłbym, gdybym zastał drzwi otwarte. A tak to przepraszać nie będę!

Masz ci los. Mogłabym mu współczuć, gdyby chociać wrócił ze złamanym nosem.
Urażona duma, to uraz nieco za mały…