za-co-on-sie-obrazil blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2006

Puenta

49 komentarzy

Wczesnym wieczorem mój nieślubny zalega na kanapie, wbrew wszelkim zasadom współżycia i przyzwoitości, pozostawiając mnie na pastwę znudzonego dziecka, które koniecznie chce COŚ, TU i TERAZ. Wykończona rodzicielską aktywnością trwającą nieprzerwanie od rana, urozmaicaną jedynie jakimś zmywankiem naczyń, małą przepierką, tańcem z odkurzaczem i podobnymi, ganiam za dzieckiem bez entuzjazmu.
Prowadzona za palec przez synka, zostaję umieszczona na końcu kanapy, lecz siadając niefortunnie zahaczam o stopy nieślubnego, spoczywające błogo na kocyku. Na dodatek siadam na jego bluzie.
ON zrywa się jak oparzony, gdy tylko przestaje syczeć z rzekomego bólu i jęczeć nad niewątpliwie połamanymi kośćmi śródstopia i zmiażdżonymi stawami.
Wykorzystuję to, że wstał i proszę go, by popilnował dziecka, żebym mogła nadal bawić się w „chińską żonę” i dokończyć sprzątanie, gotowanie i szorowanie.

ON: A co robiłaś przez cały dzień???
Ja (rozglądając się jakby bezradnie, bo co mam powiedzieć, skoro to widać gołym okiem): To, co widać…
ON (cedząc przez zęby): Czyli nic…

O, bratku, myślę, jeszcze słowo i dam ci w mordę, bynajmniej nie kanapkę. Jednak scenariusz jest mi na tyle znany, że z góry wiem, jak to wszystko się skończy. Zaczniemy sobie wypominać niskie zarobki, lenistwo, błędy wychowawcze skutkujące rozwydrzeniem potomka, poprzednie związki, poprzednie dzieci, grzechy dziadków i inne atrakcje. Rzeczywiście, gdy jak zwykle doprowadzona do ostateczności zaczynam rozglądać się za walizką i chcę dzwonić do mamy, żeby rezerwowała mi lot na jutro, ON dolewa jeszcze oliwy do ognia podsumowując:

ON: I jeszcze złośliwie mi usiadłaś na papierosach!

Rozjuszona rzucam się na kieszeń tej jego nieszczęsnej bluzy i wyciągam nienaruszoną paczkę fajek.

Ja: I co? I co? Czy wygniotłam chociaż krawędź pudełka?
ON: Bo nie wcelowałaś!

Zamiast docenić niewątpliwy komplement, nieobiektywnie potwierdzający skromny rozmiar moich pośladków, obrażam się na amen.

Kilka godzin później, gdy wracam z dzieckiem ze spaceru, na który wyszłam, żeby ochłonąć, ewentualnie sprawdzić rozkład lotów, godzimy się, a nieślubny puentuje błyskotliwie:

ON: No i co? I po co? I od czego to się wszystko zaczęło? Od tego, że usiadłaś mi na stopach…

I wzdycha.

Ja ci powzdycham, łobuzie, następnym razem usiądę na poduszce, którą wcześniej niechcący położę na twojej twarzy…

Solarium

31 komentarzy

Planując trasę spaceru z dzieckiem umawiamy się, że ON pokrąży trochę z wózeczkiem, a ja w tym czasie wskoczę na kilka minut na solarium. On wzdycha z zazdrością, więc nie namyślając się długo ustalamy, że i on się poopala przed piątkowym basenem. Ja wejdę pierwsza, potem wezmę dziecko, żeby poopalać się mógł ON.
Kiedy jednak docieram na miejsce, okazuje się, że trzeba poczekać, bo zrobiła się kolejka.
W wyniku szybkiej narady ON podąża z potomiem na plac zabaw, a ja zasiadam na kanapie w poczekalni. Wykupuję osobny karnet dla nie-ślubnego, ze swojego wykreślam odpowiednią ilość minut i grzecznie czekam.

Czekanie się niestety przeciąga, zaczynam się kręcić nerwowo, aż w końcu wychodzę i tłumaczę MU, że jeszcze nie weszłam, że dopiero zaraz i tak dalej. I że ON wejdzie od razu po mnie i już ma własny karnet.

ON: Niepotrzebnie kupowałaś mi karnet, bo ja nie wchodzę.
Ja: Ależ kochanie, przecież chciałeś…
ON: Ale już nie chcę. Nauczą się, jak traktować klienta!
Ja: Ale JAK traktować? Przecież nie byliśmy umówieni na konkretną godzinę, tylko przyszliśmy ot tak sobie…
ON (kategorycznie kończąc dyskusję): Nie szkodzi! Teraz to niech się pocałują w nos!

No właśnie. Przecież mogli w tym solarium przewidzieć, że przyjdziemy. Dywan czerwony rozłożyć, kwiaty powymieniać w wazonach, jakiegoś szampana otworzyć…


  • RSS