za-co-on-sie-obrazil blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2006

Niedzielny poranek. Ja na nogach od świtu, jak codzień, odkąd dwadzieścia jeden miesięcy temu urodził się nasz synek. Ojciec owego synka smacznie śpi. Patrzę na niego z zazdrością.
W końcu, grubo po jedenastej, ON budzi się i wstaje, rozkosznie drapiąc się po brzuchu. Zasiada do śniadanka z kawką, wyraźnie z siebie zadowolony.

Ja (z naiwną nadzieją w głosie): Kochanie, a kiedy mnie pozwolisz się tak wyspać? Mógłbyś rano zająć się dzieckiem, dać mu śniadanko, a ja choć raz bym się niczym rano nie przejmowała…

Nieślubnemu wyraźnie rzednie mina, lecz twardo milczy. Ja zaś twardo czekam. Do czasu.

Ja (lekko niecierpliwie): No? Kiedy? Umówmy się na jakiś dzień…

ON (patrząc na mnie z głęboką odrazą): Potrafisz człowiekowi schrzanić humor. Od rana się czepiasz!

Po pierwsze nie od rana, tylko od południa, a po drugie… no jasne, że potrafię. I uwielbiam to pasjami.

ON zdzwania się z mężem mojej koleżanki i próbują się umówić na popołudnie. Jak to mężczyźni, są szalenie skuteczni. Kończą rozmowę, po czym mój nieślubny oddaje mi telefon.

ON: Umówiliśmy się, że masz zadzwonić do Gosi i dogadać szczegóły naszego spotkania. Plan jest taki, że możemy zjeść razem obiad – u nich, albo u nas. Jak u nas, to albo my coś przygotujemy, albo oni wezmą składniki od siebie i zrobią obiad tutaj. Ale to WY macie się skonsultować i coś ustalić. Gosia usypia teraz dziecko, więc później do niej zadzwoń.

Patrzę na niego, jak na insekta i zastanawiam się, co mu stanęło na przeszkodzie, żeby uzgodnić te szczegóły z Gosi mężem.
Mija jakiś czas i przychodzi moja kolej na usypianie dziecka. Dziecko tego dnia zasnąć nie chce, więc gdy w końcu dzwonię do Gosi, jest już dosyć późno, a na pewno za późno, by umówić się na wspólny obiad.

Ja: To jak się umawiamy?
Gosia: Właśnie robię obiad, przyjeżdżajcie.
Ja: Nie da rady. Młody jeszcze śpi. Zjedzcie obiad i przyjedźcie do nas na deser.

I na tym staje. Wydaje się, że wszystkim to pasuje, że wszyscy zadowoleni. Otóż nie. Jest jeden niezadowolony.

Ja: Kochanie, a co my zjemy na obiad?
ON: Nie będę jadł. Mieliśmy jeść wszyscy razem.
Ja: Ale na to już jakby trochę za późno. Gdybyście umówili się wcześniej, można by coś zaplanować, a tak to Gosia już serwuje obiad, a nasz syn jeszcze śpi.
ON: A czemu Gosia nie serwuje obiadu tutaj?
Ja: Bo za późno zadzwoniłam. Mogliście to dokładnie omówić z jej mężem, gdy rozmwialiście rano i nie byłoby sprawy. Nie ma się o co obrażać, skoro nie byliśmy w żadnym wypadku umówieni konkretnie.

Nieślubny się jednak obraża. Tym razem chyba na garbatego, że ma proste dzieci. Nie będzie jadł obiadu, nie będzie jadł deseru, a z gośćmi nie będzie gadał, bo przez nich jest głodny. Jakoś tak to było.

Z niepokojem czekam na przybycie znajomych, lecz moje obawy okazują się niepotrzebne. Goście wyraźnie nie wydają się memu ukochanemu garbatymi rodzicami prostych dzieci, więc z garbem jak zwykle ostaję się tylko ja.
Standard.


  • RSS