Zmywam naczynia. ON donosi mi brudne kubki z pokoju, potem podejmuje próbę „ogarnięcia” pomieszczenia przed wizytą kolegi. Zabiera mi gąbkę, by wytrzeć blat stołu i nagle słyszę z pokoju głośne i soczyste przekleństwo. Po chwili ON wpada poruszony do kuchni.

Ja: Co tam się stało?
ON: Wyobraź sobie, że chciałem wytrzeć blat do sucha lnianą ściereczką, która leżała na fotelu.

Jezu, myślę, pomylił ścierkę z kotem? Ale nie.

ON: Biorę ściereczkę, a ona…

Zamieniam się w słuch.

ON (wzburzony): Ona była pełna okruszków!!!

Stoję jak wryta.

ON (powtarza z naciskiem): OKRUSZKÓW!!!

Patrzę na niego przez chwilę i wracam do nadzwyczaj dokładnego mycia tasaka do mięsa. Nie mam pojęcia, czemu mnie to uspokaja…