za-co-on-sie-obrazil blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2008

Mój trzyletni synek jest aniołem. Rozsądny, racjonalnie myślący, w dyskusji stosuje logiczne argumenty, woli problemy rozwiązywać, niż… No właśnie.

Mój młodszy synek ma niespełna dwa miesiące. I już się obraża. Po Tatusiu.

Kiedyś, obłędnie zmęczona próbą zaspokojenia potrzeb całej rodziny składającej się w większości z osobników płci męskiej, próbowałam nakarmić go kotletem. Schabowym. To znaczy – próbowałam nakarmić starszego synka, ale mi się pomylili. Nawet przez moment dziwiłam się, że głodne przecież dziecko za nic w świecie nie chce otworzyć buzi, żeby przyjąć pokarm, aż wreszcie „przejrzałam na oczy” dosłownie i w przenośni, a widok, który się im ukazał, ciężko mnie przeraził. Otóż młodszy potomek wykręcał główkę na wszystkie strony, byle tylko uniknąć kontaktu z kotletem, starszy siedział obok i patrzył z niedowierzaniem, a wszystko obserwował ich Tata z niemym zdumieniem na twarzy. Przeprosiłam grzecznie wszystkich, ojciec moich synów parsknął śmiechem, starszy syn przyjął kotleta, a młodszy…

Młodszy popatrzył na mnie z taką odrazą, że przeszedł mnie dreszcz. Jakie to szczęście, że nie umie jeszcze mówić…
Choć już całkiem niedługo, jeszcze zanim wyrazi swoją niechęć werbalnie, będzie mógł majestatycznie wyraczkować z pokoju i trzasnąć za sobą drzwiami. Jestem pewna, że ma to w genach.

Wychodzenie po tatusiu, trzaskanie drzwiami po mamusi.

Niania

5 komentarzy

W opiece nad dziećmi pomaga nam niania. Niestety, nie SUPERNIANIA, lecz zwykła niania elektroniczna. Zdarza się, że prawdziwe, żywe nianie przyczyniają się bezpośrednio do porażek mam dzieci, nad którymi mają czuwać. Ale żeby taka elektroniczna…? A jednak.

Otóż pokłóciłam się z niemężem. Oczywiście o to, że zamiast po powrocie z pracy przejąć ode mnie część obowiązków, zasnął na łóżku w sypialni. Gdy z hukiem go stamtąd przegoniłam, przeniósł się z tym skandalicznym brakiem aktywności na kanapę na dole, a ja aż się zapowietrzyłam z oburzenia.

Po odpowietrzeniu uniosłam się honorem (szlag by trafił, co mi do głowy strzeliło, nie wiem do dziś) i postanowiłam nie poniżać się usiłowaniem dobudzenia niemęża, lecz zająć się dwójką – co ja mówię - ósemką dzieci samodzielnie. Najpierw zagoniłam dziesięcioro potomstwa na górę, gdy ich kąpałam na dwie zmiany, było ich już piętnastu, więc ubrałam ich w te dwadzieścia piżamek i uśpiłam na raty całe trzy tuziny młodocianych. Ale w końcu zasnęli i z przyjemnością mogłam popatrzeć na dwie spokojne i ciche, powtarzam – CICHE, twarzyczki.

Choć z wyczerpania bolał mnie każdy fragment ciała, a z irytacji i żalu – każdy skrawek ducha, obmyśliłam szybko plan zemsty. „Dziś nie zaproszę niemęża do naszego niemałżeńskiego łoża”, postanowiłam, a postanowienie to było o tyle nowatorskie, że dotychczas w podobnych okolicznościach robiło mi się chłopa szkoda około drugiej nad ranem, a wtedy go budziłam, pilnowałam mycia ząbków, siusiu i paciorka – i kładłam do łóżeczka u swego boku. „Nie tym razem”, ustaliłam w myślach sama ze sobą, a dotrzymanie tej obietnicy było o tyle proste, że nie miałam szans dotrwać do drugiej nad ranem w stanie przytomności. Zemsta miała być dwuwymiarowa. Po pierwsze: na kanapie niemąż miał się NIE wyspać, bo wiadomo, kanapa, to nie łóżko. Dodatkowo liczyłam na to, że ponieważ śpi w ubraniu, to będzie go uciskał pasek od spodni, podduszał krawat i piły ściągacze skarpetek. Po drugie: wątpiłam słusznie, jak się okazało, by facet zasypiający nagle i bez uprzedzenia oraz wcześniejszych ustaleń, nastawił budzik… Niemąż pracę rozpoczyna o siódmej, więc przy odrobinie szczęścia mogłam liczyć na to, że zaśpi, a spóźnieniem ściągnie na siebie dodatkowo gniew szefowej… Perfidny plan, wiem, ale jakże finezyjny.

I wytrzymałam. W nocy tylko kilka razy zeszłam na dół sprawdzić, czy ojciec moich dzieci nadal oddycha, po czym uspokojona wracałam do łóżka. O szóstej nasłuchiwałam budzika. Nie usłyszałam nawet jęknięcia. Na dole nikt nie wstawał, nikt się nie ruszał – byłam zachwycona własną przebiegłością. I nagle, za pięć siódma, w łóżku obok mnie kwęknęło dziecko. I drugi raz. Stęknęło głośniej. Zabrałam się za przewijanie, gdy ku mej rozpaczy na dole zaczęło się coś dziać. Działo się szybko, zaszumiało wodą w toalecie, trzasnęło drzwiami i tyle było mojej zemsty.

Przez niedopatrzenie zostawiłam włączony odbiornik elektronicznej niani, stojący przy kanapie, na której smacznie spał ON. A ON wyraźnie był w zmowie z młodszym synem.

Spóźnił się dziesięć minut! Nikt tego nawet nie zauważył! Klęska!

A na dodatek – obraził się.

ON (po powrocie z pracy do domu): Jak mogłaś mnie zostawić na tej kanapie na całą noc? Wszystko mnie teraz boli…
Ja: Ale przecież chciałeś spać. Przecież próbowałam cię namówić, żebyś nie spał… Wtedy uciekłeś na tę kanapę.
ON: No ale dlaczego mnie potem nie obudziłaś i nie kazałaś przyjść do łóżka?

(Bo obiecałam sobie, że znajdę sobie do tego łóżka takiego, który nie sypia w ogóle?)

Ja: Bo życzyłeś sobie świętego spokoju.
ON (z wyrzutem): Bo zawsze mnie w nocy budziłaś i myślałem, że teraz będzie tak samo.

Nie było. I nic już nie będzie takie samo po tamtej pamiętnej nocy…

W urażaniu samczej dumy należy zachować daleko idącą ostrożność. Działanie takie może zakończyć się dla śmiałka trwałym okaleczeniem psychicznym  – albo i fizycznym. Wymierzenie ciosu w ego mężczyzny-lekarza, w dodatku gdy się jest kobietą, to samobójstwo.

Moją pierwszą ciążę prowadził doktor, który nie wiedzieć czemu kojarzył mi się z Jerzym Stuhrem. Gdyby choć podobieństwo sprowadzało się do wyglądu, osobowości, poczucia humoru – ale nie. Podobieństwo nie sprowadzało się do kompletnie niczego, a moje skojarzenia można w prosty sposób wytłumaczyć burzą hormonów właściwą dla stanu błogosławionego. Konsekwencją tego skojarzenia była jednak sympatia, którą darzyłam pana doktora awansem. I która stała się pośrednią sprawczynią naszego „nieporozumienia”, że się tak eufemistycznie wyrażę.

Podczas którejś wizyty kontrolnej w siódmym miesiącu ciąży, zwróciłam uwagę pana doktora na obrzęki, które pojawiły mi się w różnych miejscach ciała i powoli acz konsekwentnie zmieniały mój kształt. A może raczej usiłowałam zwrócić, bo pan doktor nawet okiem w ich stronę nie rzucił, rzekł tylko, że w ciąży obrzęki są stanem naturalnym. Poczułam się zlekceważona, bo obrzęki były niebagatelne, lecz moja asertywność była akurat nieaktywna, więc grzecznie przyjęłam do wiadomości, że czas mojej wizyty dobiegł końca. Do następnej zostały cztery tygodnie.

Obrzęki rozkwitały, zaczynając mi utrudniać funkcjonowanie. Przestałam używać butów, przestałam zginać się w stawach, nie byłam również w stanie samodzielnie się ubrać. Traf chciał, że moi teściowie przyjaźnili się z panią doktor potrzebnej specjalizacji. Wystarczyło przejechać kilkadziesiąt kilometrów, by usłyszeć diagnozę: zatrucie ciążowe. I otrzymać propozycję pozostania w szpitalu. Z diagnozą się zgodziłam i pogodziłam, zgodzić się na pobyt w szpitalu z dala od domu już nie chciałam. Dostałam więc zalecenia, recepty i życzenia zdrowia.

Wróciłam do Gdańska, do swojego doktora. Wcześniej, jako znawczyni czułych punktów męskiej psychiki, obmyśliłam, jak sprawę przedstawić, by doktora broń Boże nie dotknąć, nie zranić, nie skrzywdzić…

Plan był następujący: umówię się na wizytę, pójdę z receptami i zaleceniami na kartce i powiem, że podczas kurtuazyjnej wizyty u teściów w dalekim mieście źle się poczułam. Jako że mieszkanie obok zajmowała pani doktor, została wezwana w trybie pilnym na konsultację i zwróciła uwagę na potencjalny związek mojego samopoczucia z rzucającymi się w oczy obrzękami. Wystawiła recepty, chciała zatrzymać w szpitalu, ale – i tu zawarty był kluczowy element mojego planu – ponieważ niezmiernie sobie cenię zdanie pana doktora i tylko jemu ufam, nie zrealizowałam recept, tylko czekam na jego bezcenną opinię. Liczyłam, że połechtana próżność skłoni go do troskliwego zajęcia się moim przypadkiem. Gdzieś się musiałam „rąbnąć” w obliczeniach, bo wyszło zgoła inaczej.

ON (opryskliwie): No to na co pani czeka, niech pani wykupi te recepty, skoro lekarz pani przepisał.
Ja (oszołomiona jego reakcją): Ależ panie doktorze, proszę choć spojrzeć, czy leki są właściwie dobrane!
ON: Jak lekarz pani przepisał, to niech je pani bierze!

Przecież musi być jakieś wyjście! On mnie źle zrozumiał (ależ dobrze mnie zrozumiał, konował!)…

Ja: Panie doktorze, do skorzystania z porady innego lekarza zostałam zmuszona przez okoliczności! Trudno jechać kilkadziesiąt kilometrów, gdy lekarz jest na miejscu, a ja się źle czuję! Ale, panie doktorze, ja nawet jednej tabletki nie wzięłam bez konsultacji z panem, więc niechże pan rozważy zasadność ich przyjmowania w moim przypadku! (A niech cię cholera, dziadu jeden. Przez ciebie plącze mi się język i drżą dłonie. A na dodatek zaczynam się bać, bo w końcu nie dyskutujemy ceny biletu na karuzelę, tylko jestem autentycznie chora!)

Zaczynam brzmieć rozpaczliwie – i tak się czuję, a on patrzy na mnie nad krawędzią okularów i spode łba.

ON: To niech pani wykupi te leki i je bierze, jak tak zalecono.

Nawet mnie nie bada!

Ja (kończą mi się pomysły): Ale, panie doktorze…

I pomysły się skończyły. Zaczynam nawet płakać, i to szczerze. A miało być tak miło. Miałam łechtać, ON miał być połechtany, a tu klops. Zbieram się do wyjścia.

Gdy już ubrana przekraczam próg gabinetu, ON nagle zatrzymuje mnie w drzwiach.

ON: Niech pani tu wróci, jeszcze ciśnienie pani zmierzę.

No jakie ja mogę mieć ciśnienie w tej sytuacji? Jedną rękę udostępniam do pomiaru, drugą ocieram łzy. A ON wreszcie robi coś uważnie.

ON (mściwie i z satysfakcją): Sto sześćdziesiąt na sto. Zostaje pani w szpitalu.

Po moim trupie.

Ustalam z NIM, że pojadę tylko do domu po rzeczy i uciekam stamtąd, gdzie pieprz rośnie. Godzinę później, już spokojna, mierzę ciśnienie w  przychodni rejonowej – jest w normie. Nie wracam do szpitala. Ani do mojego doktora.

Kilka tygodni później na porodówce modlę się, żeby nie trafić na jego dyżur. Nie trafiam. Ale spotykamy się, a jakże, na oddziale położniczym. Pan doktor, nadal obrażony, konsekwentnie udaje, że mnie nie widzi. I na tym kończą się nasze stosunki.

Mijają prawie trzy lata. Leżę sobie spokojnie tuż przed drugim porodem na oddziale patologii ciąży, gdy na obchód wchodzi mój „ulubiony” lekarz. Zagląda w kartę i coś mu świta.

ON: A pani to już u nas była, prawda?
Ja (ostrożnie): Prawda…
ON: Jakieś trzy lata temu…?
Ja (jeszcze ostrożniej): Ta-ak.
ON (uspokojony i odprężony uśmiecha się): Tak mi się wydawało, że już panią poznałem.

Oj, człowieku, poznałeś, z mojej najlepszej strony.

Gość w dom

3 komentarzy

Starcia na płaszczyźnie damsko-męskiej nie są niczym egzotycznym. O tym się mówi, o tym się pisze, a nawet dzieci w piaskownicy wiedzą, że dziewczynki są z Wenus, a chłopcy z Marsa, a wszyscy są kosmitami, jak się na nich z boku popatrzy.

ON obraża się na mnie, bo tak być musi, bo jest to zapisane w gwiazdach, genach i na noworocznej liście zadań. Ja obrażam się na NIEGO – dla przyjemności.

Jednak prawdziwe iskry lecą tam, gdzie ON obraża się na NIEGO. Gdzie dwaj samce zachowują się jakby walczyli o przywództwo w stadzie, względy najbardziej płodnej samicy, o pilota do telewizora, czy ostatnie piwo z lodówki.

ON naprawia trzeszczący domofon. ON to wyjątkowo nie mój samiec, ten mój się przygląda. Domofon trzeszczy i trzeszczy, podobno od roku. ON jest gospodarzem klatki schodowej. Odwiedził już prawie wszystkich sąsiadów sprawdzając, czy ktoś źle nie odkłada słuchawki. Dla zawężenia grona podejrzanych o awarię domofonów zarządził wymianę kilku aparatów na nowe. Swój wymieniał chyba ze dwa razy. Ze starego na nowy, z nowego na stary – i jeszcze w kilku konfiguracjach. Domofon konsekwentnie trzeszczy, więc gdy telewizja publiczna nie nadaje ciekawego teleturnieju, czy serialu, ON bierze śrubokręt i staje do nierównej walki.
Tym razem ma publiczność. Mój niemąż przygląda się z uwagą JEGO poczynaniom. ON widzi to i na początku nie reaguje, ale testosteron wkrótce nie pozwala mu zmilczeć, więc pada podszyta ironią propozycja.

ON: Może ty spróbujesz?

Niemąż odstawia piwo, bierze do ręki śrubokręt. ON pozbawiony narzędzia otwiera piwo dla siebie i zaczyna się przyglądać. Niemąż wkręca i wykręca śrubki, sprawdza wszystkie kable, odłącza ten aparat, by na jego miejscu zamontować ten nowy, a może stary – bo już nikt nie pamięta, „ile razy szpak był dziobany”… Domofon trzeszczy konsekwentnie, jakby nie zauważył, że teraz wziął się za niego fachowiec. Niemąż sprawdza niemal wszystkie opcje, które ON sprawdził przez rok prób, nie odwiedza jedynie sąsiadów. ON przygląda się bez ciekawości, w końcu to oczywiste, że udostępnił swoje pole działania wyłącznie przez grzeczność dla gościa. Gość prochu nie wymyśli, więc można spokojnie pić piwo. Czasem od niechcenia panowie wymieniają kilka technicznych uwag. Czas płynie leniwie i nic nie zapowiada nadchodzącej katastrofy. Jednak nagle niemąż wpada na pewien pomysł.

Niemąż: A sprawdzałeś zasilacz instalacji na strychu? Na moje oko te trzaski to efekt uszkodzenia zasilacza…
ON (bez lęku, a nawet z dozą politowania): Nie sprawdzałem.

Bo po co, skoro to nie to? Jednak by ostatecznie pognębić rywala postanawia pójść na strych i dowieść, że rywal się myli. Jednak rywal się nie myli, a ON popełnia taktyczny błąd.

Ja (piszę tu z mojej kobiecej pozycji) nie tknęłabym tam palcem niczego, a po powrocie upierała się, że wszystko działa. Rywal by poległ.
ON jednak nieopatrznie i beztrosko wymienia zasilacz na inny. Domofon przestaje trzeszczeć. Za późno, by się wycofać. Trzeba zatem wyjść z twarzą z tej żałosnej potyczki.

Oliwy do ognia dolewa niestety partnerka gospodarza, reagując entuzjastycznie na likwidację usterki. „Och, och, no kto by pomyślał, że ten niemąż Lilki sobie z tym poradzi, no zobacz kochanie, czyż on nie jest zdolny?” „Kochanie” tylko zaciska usta, by nie wypsnęło się żadne z tych słów, które przewraca na języku. Wystękuje jedynie ostateczny argument.

ON: Sam też bym do tego kiedyś doszedł.

Nie mam cienia wątpliwości. W końcu na strych miał całkiem blisko i skoro doszedł wcześniej do sąsiadów z niższych pięter, pewne jest, że zaszedłby i wyżej…

Niemniej, mimo ewidentnego wkładu w poprawę komfortu mieszkania i jakości życia gospodarza, z minuty na minutę stajemy się gośćmi niemile widzianymi, co pozwala się nam odczuć tym bardziej, że domofon skandalicznie NIE trzeszczy w samym centrum mieszkania, widoczny z każdego jego punktu, oprócz sypialni.

Ja (zaniepokojona zmianą atmosfery wokół naszej wizyty): Kochany niemężu, a może powiedz jakoś tak bardziej publicznie, że wpadłeś na to zupełnie niechcący, a nawet wyłącznie po telepatycznej sugestii gospodarza…? I że tak naprawdę, to wcale się nie znasz ani na tym, ani na niczym innym?

Niemąż patrzy na mnie z niechęcią. W końcu też jest samcem. I to usatysfakcjonowanym.
Moja sugestia raz wypowiedziana zaczyna żyć własnym życiem i wkrótce, jak na ironię, obydwoje słyszymy z ust gospodarza i jego partnerki, że żadne z nas nie zna się ani na domofonach, ani na niczym innym. Ale domofon, jakby nie patrzeć, nadal NIE trzeszczy. Niewierny.


  • RSS