za-co-on-sie-obrazil blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2008

Magna

14 komentarzy

Jesteśmy w jednym z dwóch miejsc na świecie, gdzie można przeżyć lot prawdziwym Mustangiem. Lot tym cudem to prawdziwa gratka. Samolot latał w II Wojnie Światowej i przetrwał, a teraz może służyć miłośnikom historii i samolotów do spełniania marzeń życia.

Trafiliśmy tam nie bez powodu. Nasz synek (przy wydatnej pomocy swojej mamy) postanowił z okazji Dnia Ojca zafundować tacie taki lot. Przygoda nie byle jaka, bo to lot z atrakcjami. Doświadczony pilot siedzący za sterami tej maszyny prezentuje z ochotą jej możliwości. Beczki, symulacje ataku i mnóstwo innych korkociągów i piruetów. Z mojego punktu widzenia: śmierć w oczach. Z punktu widzenia niemęża: sen na jawie.

Na lotnisko zajechaliśmy Mitsubishi Magną z wypożyczalni. Ach, zakochałam się w tym całkowicie niedostępnym w Europie aucie. Niemąż wyposażył się po drodze w tenisówki (wymagane przez aeroklub), na miejscu dostał kombinezon, do którego kieszeni zaczął wkładać różne drobiazgi. Obserwuję to z rosnącym niepokojem.

Obsługa lotniska w tym czasie szykuje samolot: polerują go i sprawdzają każdą śrubkę. Potem prowadzą nas na miejsce startu. ON poleci, a ja z synem będziemy obserwować go z ziemi. Na samą myśl przechodzi mnie dreszcz, bo ja latać bardzo nie lubię, eufemistycznie rzecz ujmując. On za to jest kompletnie oszołomiony prezentem: za chwilę poleci samolotem-legendą i chyba nie bardzo zdaje sobie sprawę z moich niepokojów. Lotnicy zapraszają go na skrzydło, gdzie tłumaczą mu, jak zachowywać się podczas lotu.

Ja stoję coraz bardziej zdenerwowana. Niemąż sprawdza jeszcze, czy ma wszystko, czego potrzebuje. Wziął ze sobą aparat fotograficzny i…

Ja: Kochanie!

Niemąż lokujący się właśnie w kabinie wychyla się w moją stronę, oczekując zapewne jakiegoś wiekopomnego wyznania, może refleksji…

Ja (podjęłam już decyzję i się nie cofnę): Kochanie, daj mi kluczyki od Magny.
ON (nie bez zdziwienia): A po co ci kluczyki? Przecież ja za pół godziny będę z powrotem na ziemi.
Ja: Na wypadek, gdybyś się na tej ziemi znalazł wcześniej…
ON: Słucham?
Ja: No tak. Bo jakbyś się rozbił, to ja nie chcę jeszcze szukać w zgliszczach kluczyków od samochodu, względnie wzywać ludzi z wypożyczalni z zapasowym kompletem. Jeżeli coś ci się stanie, będę miała dość problemów na głowie, więc chociaż to mi z niej „spadnie”.

Niemąż bez słowa wręcza mi kluczyki, ale ten wzrok! Mogę liczyć tylko na to, że silne wrażenia zatrą w nim wspomnienie mojego pragmatyzmu.

I rzeczywiście: zatarły.

Ale ja czasem budzę się w środku nocy z koszmarnego snu, w którym ON patrzy na mnie, a jego oczy wyrażają bezbrzeżną urazę.

Obojętnie

7 komentarzy

Gniewam się z najsłuszniejszych pod słońcem powodów, jakie tylko kobieta może wymyślić. Toteż je wymyśliłam, a teraz jestem obrażona.
Po długiej i intensywnej kłótni o nic – prawie zapada rozejm. A „prawie”, jak powszechnie wiadomo, robi wielką różnicę, więc się gniewam.

ON: Idę do sklepu, co kupić?
Ja (obojętnie i zupełnie nieadekwatnie do ilości posiadanych zapasów): Nic! Jak coś kupisz do domu, to wyleci to przez drzwi razem z tobą! Papierosy sobie kup!

Od razu widać, że mam poważne powody, żeby się gniewać.

ON: Nie wygłupiaj się, co kupić?
Ja (obojętnie, ale już adekwatnie): Chleb.

ON ubiera kurtkę.

Ja (obojętnie i racjonalnie, lecz bez widocznego zaangażowania): I mleko.

ON ubiera prawy but.

Ja (obojętnie i nieśpiesznie): I proszek do prania dla dzieci.

ON ubiera lewy but.

Ja (tak obojętnie, że po prostu słychać, że nie zależy mi nic a nic): I makaron.

ON wychodzi, ja zostaję i pochlipuję przygnieciona nadmiarem niezrozumienia w atmosferze.

ON wraca z pokaźnymi zakupami. Przeglądam zawartość siatek zupełnie obojętnie.

Ja: A po co kupiłeś sok?
ON: No przecież dla ciebie…
Ja: Nie będę go piła.
ON: Ale jak to? Dlaczego?
Ja: Odchudzam się.

ON robi ze zdumienia głupią minę, której nie widzi, ale ja widzę, lecz pozostaję obojętna.

ON: Odchudzasz się nie pijąc soku?
Ja (kłamliwie, ale jakże obojętnie): Tak, on ma cukier.

Wygrzebuję z siatki paczkę ciastek. Patrzę na NIEGO oskarżycielsko.

Ja: A to co?
ON: Ciastka, twoje ulubione.
Ja: Nie chcę ich, one też mają cukier.
ON (zniecierpliwiony moją obojętnością): To je wyrzuć przez okno, chcę to zobaczyć!

Podchodzę z ciastkami do drzwi, wychodzę na ganek i ciskam nimi najdalej, jak potrafię. Spadają na krawężnik.

ON (z niesmakiem): I co ty zrobiłaś? To ja ciężko pracuję, żeby zarobić na ciastka, a ty je wyrzucasz?
Ja (niewinnie): Przecież chciałeś zobaczyć, jak je wyrzucam.

Zakładam buty.

ON: A teraz co robisz?!
Ja: Idę po nie.

W końcu są pewne granice rozrzutności, nawet tej dosłownej.
ON patrzy z niedowierzaniem, jak wnoszę paczkę ciastek z powrotem do domu. Zdobywa się jednak na komentarz.

ON (obrażonym tonem): Ale miałaś je wyrzucić przez okno.

Jaki drobiazgowy!

A o makaronie zapomniał.

Dzidzia

4 komentarzy

Ludzie lubią świat poukładany, w którym wiadomo, co do czego pasuje. Przyglądają się moim synom próbując ocenić, do kogo są podobni. Czasem próbują się w nich doszukać jakichś cech, które wydają się im szczególnie zabawne.
„To chłopiec?”, pytają. „Już się obraża?”
Ależ to zabawne, no, no.

Przecież to oczywiste, że skoro chłopiec, to się obraża. Starszy synek, o anielskim usposobieniu, też potrafi wykazać, że robienie testów DNA w celu potwierdzenia ojcostwa w tym przypadku jest całkowicie zbędne.

Ale może od początku. Od dwóch miesięcy, od kiedy pojawił się w domu młodszy potomek, wciąż bujam. Do znudzenia i do upadłego. Bujam leżaczkiem, wózeczkiem, bujam łóżeczko, bujam się w biodrach trzymając malucha w kołysce z ramion. To już nawyk.

Któregoś dnia wzięłam na spacer obu chłopców: młodszego w wózku z gondolką, starszego w spacerówce. Ponieważ szła ze mną niania, podzieliłyśmy zadania – każda pchała jeden wózek. Kiedy młodszy synek rozpłakał się w swoim wózku, zrobiłam to, co zwykle. Zaczęłam bujać. Po jakimś czasie młodszy przestał płakać, starszy zażyczył sobie, bym to ja popychała jego wózeczek.

Podczas spaceru robiłam, jak zwykle, zakupy. Wjechaliśmy gromadą do warzywniaka, ustawiliśmy się w kolejce… Nawet nie czułam, że stojąc przy wózku bez przerwy go kołyszę, zapominając, że zamiana sprzętu nastąpiła już jakiś czas temu.
Nagle mój syn odwrócił się w swoim wózeczku w moim kierunku. W zasadzie wszystko mogłam wyczytać ze zmarszczonych groźnie brwi i wykrzywionych usteczek. Obraził się.

Ja: Synku, co się stało?

A ON? ON wyseplenił przez zęby okrutny zarzut.

ON: Mama, psestań mnie bujać! Nie jestem dzidzia!

Akurat. Wszyscy jesteście dzidziami, nawet na emeryturze. Przekonasz się, Synu.

Umówiłam wizytę domową pediatry. Ma obejrzeć moich chłopców i zezwolić na szczepienia. Przy okazji rozwiać wszelkie moje wątpliwości, odpowiedzieć wyczerpująco na każde z listy pytań i pozostawić mnie w wyśmienitym nastroju z poczuciem, że niczego nie zaniedbałam.

ON owszem, przydałby się podczas odwiedzin lekarza, ale pilniejszy wydaje mi się zakup zimowego kombinezonika dla młodszej pociechy, która zmienia rozmiar garderoby średnio co dwa tygodnie. Dlatego wysyłam GO do centrum handlowego, którego nie widziałam od wielu tygodni i za którym tęsknię… No ale – są pewne priorytety. Wcześniej zadzwoniłam do 5-10-15, gdzie uzyskałam informację, że po pierwsze  – są kombinezony w odpowiednim rozmiarze, a po drugie – trwa zimowa wyprzedaż, co ma bardzo pozytywne przełożenie na ich cenę. Wysyłam więc mężczyznę prawie bez obaw.

Jednak wcześniej mam do niego pewną sprawę…

Ja: Kochanie, zostaw mi pieniądze na lekarza, na wypadek, gdyby przyjechał zanim wrócisz ze sklepu.
ON (tradycyjnie i zupełnie, jakby nie wiedział): Ile?
Ja: Mówiłam ci…
ON: Stówę, tak?

I wyciąga plik banknotów, na widok którego serce rośnie…

Ja: Zostaw mi więcej, na wszelki wypadek.
ON: A po co ci więcej? Na co chcesz wydać? Tylko zobaczyłaś pieniądze i od razu ci się oczy zaświeciły!

Rozglądam się niepewnie dookoła. Na co mi pieniądze? A na co mogę je wydać, siedząc w domu? Chyba faktycznie jedynie na „wszelki wypadek”, cokolwiek to jest.

Ja: Coś ci się pomyliło. To ty wychodzisz na zakupy, nie ja. To ty możesz kasę przepuścić na głupoty, a nie ja… Ja w domu to raczej nie zaszaleję, a jak przyjdzie pediatra i wyskoczy coś niespodziewanego, chciałabym być przygotowana.

ON jeszcze rozważa prostest, ale też rozgląda się niepewnie.

Ja (upewniam go): Tak, to ty wychodzisz do sklepu.
ON (skonfundowany): Hm. Pomyliło mi się.

Oj, złe nawyki ma facet, złe nawyki…

Zostawia dwieście złotych i czym prędzej oddala się w spokojniejszą część miasta.


  • RSS