Umówiłam wizytę domową pediatry. Ma obejrzeć moich chłopców i zezwolić na szczepienia. Przy okazji rozwiać wszelkie moje wątpliwości, odpowiedzieć wyczerpująco na każde z listy pytań i pozostawić mnie w wyśmienitym nastroju z poczuciem, że niczego nie zaniedbałam.

ON owszem, przydałby się podczas odwiedzin lekarza, ale pilniejszy wydaje mi się zakup zimowego kombinezonika dla młodszej pociechy, która zmienia rozmiar garderoby średnio co dwa tygodnie. Dlatego wysyłam GO do centrum handlowego, którego nie widziałam od wielu tygodni i za którym tęsknię… No ale – są pewne priorytety. Wcześniej zadzwoniłam do 5-10-15, gdzie uzyskałam informację, że po pierwsze  – są kombinezony w odpowiednim rozmiarze, a po drugie – trwa zimowa wyprzedaż, co ma bardzo pozytywne przełożenie na ich cenę. Wysyłam więc mężczyznę prawie bez obaw.

Jednak wcześniej mam do niego pewną sprawę…

Ja: Kochanie, zostaw mi pieniądze na lekarza, na wypadek, gdyby przyjechał zanim wrócisz ze sklepu.
ON (tradycyjnie i zupełnie, jakby nie wiedział): Ile?
Ja: Mówiłam ci…
ON: Stówę, tak?

I wyciąga plik banknotów, na widok którego serce rośnie…

Ja: Zostaw mi więcej, na wszelki wypadek.
ON: A po co ci więcej? Na co chcesz wydać? Tylko zobaczyłaś pieniądze i od razu ci się oczy zaświeciły!

Rozglądam się niepewnie dookoła. Na co mi pieniądze? A na co mogę je wydać, siedząc w domu? Chyba faktycznie jedynie na „wszelki wypadek”, cokolwiek to jest.

Ja: Coś ci się pomyliło. To ty wychodzisz na zakupy, nie ja. To ty możesz kasę przepuścić na głupoty, a nie ja… Ja w domu to raczej nie zaszaleję, a jak przyjdzie pediatra i wyskoczy coś niespodziewanego, chciałabym być przygotowana.

ON jeszcze rozważa prostest, ale też rozgląda się niepewnie.

Ja (upewniam go): Tak, to ty wychodzisz do sklepu.
ON (skonfundowany): Hm. Pomyliło mi się.

Oj, złe nawyki ma facet, złe nawyki…

Zostawia dwieście złotych i czym prędzej oddala się w spokojniejszą część miasta.