Ludzie lubią świat poukładany, w którym wiadomo, co do czego pasuje. Przyglądają się moim synom próbując ocenić, do kogo są podobni. Czasem próbują się w nich doszukać jakichś cech, które wydają się im szczególnie zabawne.
„To chłopiec?”, pytają. „Już się obraża?”
Ależ to zabawne, no, no.

Przecież to oczywiste, że skoro chłopiec, to się obraża. Starszy synek, o anielskim usposobieniu, też potrafi wykazać, że robienie testów DNA w celu potwierdzenia ojcostwa w tym przypadku jest całkowicie zbędne.

Ale może od początku. Od dwóch miesięcy, od kiedy pojawił się w domu młodszy potomek, wciąż bujam. Do znudzenia i do upadłego. Bujam leżaczkiem, wózeczkiem, bujam łóżeczko, bujam się w biodrach trzymając malucha w kołysce z ramion. To już nawyk.

Któregoś dnia wzięłam na spacer obu chłopców: młodszego w wózku z gondolką, starszego w spacerówce. Ponieważ szła ze mną niania, podzieliłyśmy zadania – każda pchała jeden wózek. Kiedy młodszy synek rozpłakał się w swoim wózku, zrobiłam to, co zwykle. Zaczęłam bujać. Po jakimś czasie młodszy przestał płakać, starszy zażyczył sobie, bym to ja popychała jego wózeczek.

Podczas spaceru robiłam, jak zwykle, zakupy. Wjechaliśmy gromadą do warzywniaka, ustawiliśmy się w kolejce… Nawet nie czułam, że stojąc przy wózku bez przerwy go kołyszę, zapominając, że zamiana sprzętu nastąpiła już jakiś czas temu.
Nagle mój syn odwrócił się w swoim wózeczku w moim kierunku. W zasadzie wszystko mogłam wyczytać ze zmarszczonych groźnie brwi i wykrzywionych usteczek. Obraził się.

Ja: Synku, co się stało?

A ON? ON wyseplenił przez zęby okrutny zarzut.

ON: Mama, psestań mnie bujać! Nie jestem dzidzia!

Akurat. Wszyscy jesteście dzidziami, nawet na emeryturze. Przekonasz się, Synu.