Jesteśmy w jednym z dwóch miejsc na świecie, gdzie można przeżyć lot prawdziwym Mustangiem. Lot tym cudem to prawdziwa gratka. Samolot latał w II Wojnie Światowej i przetrwał, a teraz może służyć miłośnikom historii i samolotów do spełniania marzeń życia.

Trafiliśmy tam nie bez powodu. Nasz synek (przy wydatnej pomocy swojej mamy) postanowił z okazji Dnia Ojca zafundować tacie taki lot. Przygoda nie byle jaka, bo to lot z atrakcjami. Doświadczony pilot siedzący za sterami tej maszyny prezentuje z ochotą jej możliwości. Beczki, symulacje ataku i mnóstwo innych korkociągów i piruetów. Z mojego punktu widzenia: śmierć w oczach. Z punktu widzenia niemęża: sen na jawie.

Na lotnisko zajechaliśmy Mitsubishi Magną z wypożyczalni. Ach, zakochałam się w tym całkowicie niedostępnym w Europie aucie. Niemąż wyposażył się po drodze w tenisówki (wymagane przez aeroklub), na miejscu dostał kombinezon, do którego kieszeni zaczął wkładać różne drobiazgi. Obserwuję to z rosnącym niepokojem.

Obsługa lotniska w tym czasie szykuje samolot: polerują go i sprawdzają każdą śrubkę. Potem prowadzą nas na miejsce startu. ON poleci, a ja z synem będziemy obserwować go z ziemi. Na samą myśl przechodzi mnie dreszcz, bo ja latać bardzo nie lubię, eufemistycznie rzecz ujmując. On za to jest kompletnie oszołomiony prezentem: za chwilę poleci samolotem-legendą i chyba nie bardzo zdaje sobie sprawę z moich niepokojów. Lotnicy zapraszają go na skrzydło, gdzie tłumaczą mu, jak zachowywać się podczas lotu.

Ja stoję coraz bardziej zdenerwowana. Niemąż sprawdza jeszcze, czy ma wszystko, czego potrzebuje. Wziął ze sobą aparat fotograficzny i…

Ja: Kochanie!

Niemąż lokujący się właśnie w kabinie wychyla się w moją stronę, oczekując zapewne jakiegoś wiekopomnego wyznania, może refleksji…

Ja (podjęłam już decyzję i się nie cofnę): Kochanie, daj mi kluczyki od Magny.
ON (nie bez zdziwienia): A po co ci kluczyki? Przecież ja za pół godziny będę z powrotem na ziemi.
Ja: Na wypadek, gdybyś się na tej ziemi znalazł wcześniej…
ON: Słucham?
Ja: No tak. Bo jakbyś się rozbił, to ja nie chcę jeszcze szukać w zgliszczach kluczyków od samochodu, względnie wzywać ludzi z wypożyczalni z zapasowym kompletem. Jeżeli coś ci się stanie, będę miała dość problemów na głowie, więc chociaż to mi z niej „spadnie”.

Niemąż bez słowa wręcza mi kluczyki, ale ten wzrok! Mogę liczyć tylko na to, że silne wrażenia zatrą w nim wspomnienie mojego pragmatyzmu.

I rzeczywiście: zatarły.

Ale ja czasem budzę się w środku nocy z koszmarnego snu, w którym ON patrzy na mnie, a jego oczy wyrażają bezbrzeżną urazę.