Podobno każdy facet, a już na pewno każdy Europejczyk, marzy o małym „sam-na-sam” z Azjatką. Ale atrakcyjność tych pań maleje wprost proporcjonalnie do ich liczebności w miejscu zamieszkania potencjalnego kochanka. Dlatego, gdy znaleźliśmy się w kraju, gdzie ponad siedemdziesiąt procent populacji to Azjaci, niemąż zaczął marzyć raczej o Słowiankach, choćby i „zwalistych”.

Któregoś dnia kolega postanowił urozmaicić mu pobyt w obcym kraju i zaczął namawiać na „wyprawę na dziewczynki”. Gdy jednak niemąż, któremu do tego czasu znudził się już widok skośnookich piękności, nie dał się skusić, kolega westchnął i zaczął snuć opowieść.

W jego życiu też nadszedł kiedyś dzień, a raczej noc, którą zapragnął spędzić w towarzystwie mniej egzotycznym, niż zazwyczaj. Zaczął więc uważnie studiować dział ogłoszeń ulubionej gazety. Wkrótce natrafił na anons, który rozpalił jego wyobraźnię: pod podanym adresem miała czekać pełna temperamentu Hiszpanka o gorącym ciele i płonących oczach. Zadzwonił, umówił się, pojechał.

I niby wszystko się zgadzało, bo w drzwiach stała długowłosa brunetka z burzą loków do pasa, kieckę miała czerwoną jak krew, obcas wysoki i nawet ten ogień w jej oczach płonął, lecz cóż z tego, skoro te oczy były… skośne. „Jaki kraj, takie Hiszpanki”, chciałoby się powiedzieć.

ON popatrzył na nią z wyrzutem i bardziej z rozpędu, niż z rzeczywistej niepewności, spytał.

ON: Ty – Hiszpanka?

A ona, niezrażona, odpowiedziała stanowczo:

Ona: Si, si, me Spanish.

Z uroczym chińskim akcentem.

Cóż się dziwić, wszyscy mamy do odegrania w życiu jakąś rolę…

ON jednak obraził się i nie skorzystał. Może obawiał się tego, jak mogłaby wyglądać ta chińska corrida.

A ja przypominam tę historię, nucąc sobie pod nosem ulubioną piosenkę niemęża:

Szła dzieweczka bardzo mała przez ciemny las.
Hiszpański kapelusz miała, hiszpański pas,
W lewej rączce „sporta”, a za pasem kolta.
Do babuni szła uderzyć sobie w gaz!