Wszyscy to znamy. Z filmów, z literatury, z opowieści znajomych. Nagłe roztrzepanie, głuche telefony, wychodzenie na rozmowę, potajemne wysyłanie sms-ów. Amplituda emocji i nastrojów, jak Himalaje. Z jednej strony obsypywanie złotem, z drugiej pretensje o byle co.
Znak, że jesteśmy threesome.

Sobotni poranek. ON zaczyna się miotać, jak zwierzę po klatce. Bardzo dzikie zwierzę po bardzo małej klatce. Ubiera kurtkę. Rozgląda się niespokojnie.

Ja: A dokąd się wybierasz przed śniadaniem?
ON: Trzeba kupić chleb!

Patrzę zdumiona. Cały bochenek chleba leży przed jego nosem na kuchennym blacie. ON zauważa moje spojrzenie.

ON: No, świeże bułeczki trzeba kupić. I cukier! – oznajmia triumfalnie.

Bez słowa otwieram szafkę, w której pyszni się nierozpakowany kilogram cukru.

ON (z lekką rezygnacją): Gazetę…?

Kręcę głową z dezaprobatą.

Ja (pół żartem, pół – niestety – serio): Szukasz pretekstu, żeby wyjść z domu i zadzwonić do kochanki?
ON (obrusza się): Ależ skąd! Mogę zostawić telefon!

Tak… Z tego, co wiem, jedna z jego kochanek mieszka trzy kroki od domu, w połowie drogi do sklepu.
Macham ręką i dyktuję mu listę zakupów, skoro już MUSI wyjść. Kocie jedzenie, świeża wędlina, jogurty…
ON wychodzi, ja zostaję i ze smutkiem stwierdzam, że faceci są do bani.

Po jakimś czasie ON wraca do domu. W sam raz na śniadanie. Liczę, że dostanę te obiecane świeże bułeczki, szynkę i jogurt. Ale widzę, że ON wchodzi bez żadnych siatek.

Ja: A gdzie zakupy?
ON (otwierając oczy szeroko ze zdziwienia): Jakie zakupy? Przecież miałem kupić gazetę…

Jasne. I prezerwatywy.