Lubię dobrych kierowców. Dobry kierowca, to według mnie taki, który wie, co robi za kierownicą, nie jest zawalidrogą, prowadzi z wyobraźnią, ale i z tą „iskrą”, która sprawia, że nie jest jakimś tam ulicznym szaraczkiem, tylko osobowością przez duże „O”.

Choć zdarzało mi się wiązać z mężczyznami, którzy nie spełniali tych kryteriów, zawsze, prędzej czy później, zaczynałam się męczyć, jadąc na siedzeniu pasażera, gdy prowadził taki delikwent. A to zbyt gwałtownie zmieniał biegi (i po cholerę?), a to hamował bez sensu, a to rezydował na lewym pasie jak udzielny książę, tamując ruch i dowodząc, że przecież „i tak jest ograniczenie do siedemdziesięciu, więc nikt, ale to NIKT nie powinien jechać szybciej”. Sama prowadziłam dużo i nieźle, więc po prostu nie mogłam znieść życia u boku gorszego od siebie kierowcy.
Co wcale nie przeszkadzało mi żyć u boku facetów zarabiających mniej ode mnie (choć to prawie niemożliwe, żeby zarabiać mniej ode mnie).

Zarobki zarobkami, ale w życiu są pewne priorytety. Dla mnie facet musi świetnie prowadzić i dobrze pływać. Tak mam i koniec.

No i w końcu związałam się z kimś takim. Bajka. Przyjemność podróżowania. Świadomość, że nie tylko jestem bezpieczna jako pasażer, ale jeszcze wszędzie zdążę na czas.

Ale nawet dobry kierowca czasem się obraża. Na innych kierowców.

Jedziemy sobie „siódemką” naszym Seatem Toledo. Widzę, że ON jest wyraźnie niespokojny. Zerka w lusterko, wyprzedza, znowu zerka. W końcu nie wytrzymuję narastającego napięcia.

Ja: Co się dzieje?
ON: Uciekam. Nie uwierzysz. „Maluch” mnie goni. I nie mogę się go pozbyć!

Odwracam się i patrzę przez tylną szybę. Faktycznie. Zielony „maluch” wyraźnie bez wysiłku lawiruje między rozpędzonymi autami, siedząc nam na ogonie. Coś podobnego.

Ja (prycham z pogardą): Nie ścigaj się z nim. To poniżej twojej godności.

ON jednak przyśpiesza jeszcze bardziej i w końcu Fiat 126p znika w otchłani TIR-ów za naszymi plecami.

ON (oddychając z ulgą): No. Zgubiłem go.

Nie da się ukryć. Choć był jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”.