Mam męża z poczuciem humoru. Poczucie humoru mojego męża tym się różni od innych znanych mi poczuć (humoru), że chyba jest ono rodem z jakiegoś innego języka, świata, kultury. Nie wiem, może to takie suahili-poczucie-humoru, a ja się nie znam. Mąż zaś błyszczy dowcipem niestrudzenie, błyszczy i błyska, a ja sama nie wiem, co gorsze.

Najpierw ludzie uciekali od niego, gdzie pieprz rośnie i widocznie tam właśnie, gdzie rośnie ten pieprz, zapoznawali się bliżej z owym dialektem, bo potem wracali, jakby odporniejsi i nawet się nieco zaczęli zaśmiewać. Czasami nawet z przekonaniem.
Bo na przykład:
Czekamy na gości, goście przychodzą. Na swoje nieszczęście drzwi otwiera im sam gospodarz:

ON: O, czego tu szukacie? Chyba was nie zapraszaliśmy?

Co mniej odporni goście w tym momencie uciekają, a ci co już znają ten dialekt, po prostu przepychają się przez drzwi, taranując zaporę z mojego męża. Ponieważ wszyscy taranują, myślę, że ci mniej odporni uciekli już wszyscy.

Ale są sytuacje, gdy ja, żona Pana Dowcipnego, mam dość. Co z tego, że ludzie się nie przejmują, skoro ja się przejmuję, zmęczona obserwowaniem nieudolnych prób pobicia mojego męża jego własną bronią? Ileż można słuchać tych wymuszonych ripost, oglądać sztuczne i uprzejme uśmiechy i słuchać zapewnień o nieskończonym do siebie dystansie tych odpornych gości?

Po wielu latach takich tortur uznałam dnia pewnego, że miarka się przebrała, a mąż posunął się, parafrazując,”o jeden żart za daleko”.

Ja: Czekaj ty, czekaj, aż przyjdzie ktoś z twoich znajomych. Zobaczymy, czy oni także są zaprawieni w boju.

Okazja nadarza się następnego dnia. Okazja jest sąsiadem, kolegą męża jeszcze ze szczenięcych lat. Tak się cudownie składa, że nie trawię gościa. Jest obleśnym męskim szowinistą rozbierającym wzrokiem wszystko, co się rusza, włącznie z osiedlowym śmietnikiem. Bez wahania zatem przystępuję do ataku, gdy tylko mąż wprowadza kolegę na ganek. Otwieram drzwi i mierząc gościa niechętnym spojrzeniem, rozpoczynam batalię.

ON: Cześć, Lilka.
Ja (z wyraźną niechęcią): Nno, czeeść. A czego ty właściwie tu szukasz?

Łypię na męża i z satysfakcją spostrzegam, że zbystrzał i zrobił się czujny. Jego kolega, nieświadomy walki, jaka toczy się na jego oczach, traci pewność siebie (czemu, ach czemu, nie byłam wobec niego taka ASERTYWNA już wcześniej?).

ON: Eee, to znaczy, nie… ja już idę…
Mąż (wtrąca się w panice): Nie, no nie wygłupiaj się, wchodź, ona tylko żartuje.

Ale ja nie wyglądam, jakbym żartowała.

Ja: No? To po co przyszedłeś?
ON (coraz bardziej przestraszony, wycofując się za próg, przez który mój mąż wciągnął go do środka): Nic, nic, ja już muszę iść.

Mąż jeszcze próbuje coś ratować, coś tłumaczyć, ale już widzi, że przegrał sromotnie.

Ja (zwracając się do gościa): No i dobrze. To stanowczo nie jest pora, żeby łazić po cudzych domach.

Sądzę, że gość dosłuchał najwyżej do „stanowczo” – tak szybko zmykał.

Och, jakąż awanturę zrobił mi mąż po tym fakcie! Jaki był poruszony i wstrząśnięty! Jaki obrażony! Osobiście dotknięty!

Ale chyba wolno mi osobiście dotykać własnego męża – szczególnie dla przyjemności…?

Sąsiad doszedł do siebie, choć chyba nie do końca, bo „dzień dobry” z jego ust poparte jest teraz ukłonem, którego efekt psuje jednak kłusik, jakim sąsiad umyka spoza zasięgu mojego wzroku. Nie zna się na żartach!