Podobno to domeną kobiet jest przysłowiowe „szukanie dziury w całym”. Rzeczywiście, bywam o to posądzana częściej, niż bym sobie tego życzyła. Jednak moja działalność na tym polu jest żałośnie skromna, w porównaniu z wyczynami mojego męża. 

W garnku na kuchence gotuje się potrawka z kurzych łapek – dla psów. (Najlepsze lekarstwo na starcze zwyrodnienie stawów biodrowych, czysta żelatynka.) Ponieważ gotuje się od jakiegoś już czasu, wołam z góry do męża, żeby wrzucił do garnka paczkę makaronu. Po chwili słyszę dobiegające z kuchni przekleństwa i kierowane pod moim adresem pomówienia, jakoby kolor moich włosów miał wpływ na zdolność do oceny objętości naczyń kuchennych, dodam niepotrzebnie, że chodzi o wpływ ujemny, wydaje mi się również, że słyszę, jak sugeruje się organiczne zmiany w budowie mojej kory mózgowej, a nawet podejrzewa się brak rzeczonego organu lub jego obecność w ilości szczątkowej. Spotykam się z mężem w połowie schodów i tam dowiaduję się, że zapełniłam garnek nóżkami w stopniu uniemożliwiającym dołożenie do niego czegokolwiek większego, niż ziarnko ryżu.

Wydaję mężowi brutalną komendę odstosunkowania się od rzeczonego garnka i jego zawartości i postanawiam osobiście dosypać doń makaron, w myśl zasady, że „kazał pan, musiał sam”.

Mąż, niestety, podąża do kuchni za mną, wyraźnie chcąc być naocznym świadkiem mojej klęski. Klęska, ku jego frustracji, nie następuje. W garnku mieści się nie tylko paczka makaronu, ale jeszcze kilka smakołyków, które zostały z obiadu. Wszystkie czynności wykonuję ostentacyjnie i bez słowa. Rozrywam opakowanie makaronu, wrzucam do garnka, mieszam jego zawartość, odkładam puste opakowanie po makaronie na kuchenny blat, wrzucam do garnka pozostałe resztki, mieszam, odwracam się na pięcie i wychodzę z kuchni, czując na sobie niechętny wzrok ślubnego.

Prawie wychodzę.

Dogania mnie jego jadowity szept:

ON: Oczywiście za trudno było wyrzucić opakowanie do śmieci…

Odwracam się do niego powoli, sięgając wprawnym ruchem po sztylety tkwiące za paskiem spodni i jednym wyćwiczonym rzutem umieszczam wszystkie pięć, jeden po drugim, w wyznaczonym celu: kolano, kolano, krocze, serce, czoło.

Wersja alternatywna dla dorosłych: odwracam się do niego powoli, starając się nadać twarzy wyraz bezbrzeżnej pogardy, którą godzę w jego napuszone ego.

Napuszone ego jednak nic sobie z tego nie robi. Zadowolony, że udało mu się odwrócić kota ogonem, obraża się na mnie z dużym entuzjazmem.

Psy dostają jeść, kurtyna opada.