za-co-on-sie-obrazil blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2009

Reszta

13 komentarzy

Jesteśmy z dziećmi u pediatry wieczorową porą. Lekarz, cud-człowiek, ma dla nas dużo czasu. Dokładnie bada chłopców, rozmawia z nimi i z nami. Daje dokładne instrukcje, poświęca nam uwagę. Ale Młodszemu się to nie podoba. Jest zmęczony i chce spać. Jeść i spać. NATYCHMIAST. (Ma to po ojcu.)
Wizytę kończymy przy akompaniamencie wrzasków Młodszego, który chce iść, protestów Starszego, który nie chce iść, bo świetnie się bawi i telefonu doktora, bo epidemia grypy w rozkwicie.

Już w samochodzie Ojciec Moich Dzieci zadaje pytanie, które błąka mi się po głowie od dłuższej chwili.

ON: Czy doktor wydał ci resztę?

Nie wiem.

Ja: Nie wiem.

Chyba nie, bo zadzwonił jego telefon i utknął z rękami w szufladzie, a my w tym czasie wychodziliśmy, a potem skończył rozmawiać i jeszcze chwilę w drzwiach mówiliśmy o atopowym zapaleniu skóry, dzieci krzyczały, ja się denerwowałam, bo w poczekalni czekało dziecko z grypą, a nasze dzieci zdrowie, więc mogły złapać i…

Ja: Chyba nie, bo zadzwonił telefon

Ojciec Moich Dzieci prycha wściekle.

ON: I trzy dychy poszły…

Poszły nie poszły, ciekawe, dlaczego ON się nie upomniał o resztę, skoro był tam ze mną.

W domu, gdy dzieci jedzą kolację, my nadal się kłócimy. Nie mogę się pogodzić z jawną niesprawiedliwością, nie czuję się winna.

Ja: Dlaczego się na mnie wściekasz?
ON: Wściekam się na siebie, bo dałem ci pieniądze. A pieniądze się ciebie nie trzymają.

Otwierają mi się w kieszeni wszystkie scyzoryki, a nawet futerał z nożyczkami do paznokci.

Ja (wyciągam z torebki najcięższe działo i celuję mu prosto w plecy, bo właśnie wspina się na schody, byle jak najdalej ode mnie): Oczywiście. Nie zauważyłam jednak, byś wściekał się na siebie za każdym razem, gdy kupujesz kolejną paczkę papierosów. Przeliczymy, ile kasy miesięcznie nie trzyma się ciebie?

ON zamiera w połowie schodów i powoli odwraca się w moją stronę. Dziurę w plecach zrobiłam mu tym strzałem na wylot, przez otwór widzę ścianę za nim. Odda mi jakąś bezlitosną ripostą?
Ale on tam stoi i patrzy na mnie, choć bez cienia sympatii. Zupełnie nie wiem, dlaczego bez choćby cienia, w końcu jestem jego żoną. Ukochaną.
Patrzy.
Patrzy.

Może liczy te pieniądze zmarnowane na fajki?

Fenomen

6 komentarzy
Mózg to fenomenalny narząd. Decyduje za mnie, co jest ważne, a co zupełnie pozbawione znaczenia. Pozwala mi schować telefon do lodówki, zostawić klucze w zamku, a jednocześnie niezawodnie dba, bym nie przegapiła spraw kluczowych: terminów szczepień, adnotacji małym druczkiem w umowach, obcego włosa na klapie marynarki męża (gdyby mąż miał marynarkę). Mój mózg, na dodatek, ma poczucie humoru. Czasami żartuje sobie ze mnie, by poprawić mi humor. Na ogół rzuca wtedy urok na mój zmysł słuchu.
Fajny mamy karmnik„, mówi mąż po całym popołudniu spędzonym ze starszym synem na zajęciach praktyczno-technicznych.
Jakie garnki?”, pytam.
Czasami rzuca mi się na wzrok.
Przyczyną katastrofy airbusa mogło być zderzenie z ptakiem lub stadem ptaków„, ogłasza TVN 24.
Ja, jako przyczynę, widzę „zderzenie z ptakiem lub siedem ptaków„. Czemu nie „dziewcząt z Albatrosa”?

Ten sam mózg, który rejestruje najlżejszy szelest z sąsiedniego pokoju, gdzie śpi mój starszy synek, całkowicie ignoruje dźwięk budzika, gdy do pracy wstaje mój mąż.
 
Zaś mózg mojego męża… To dopiero arcydzieło. Żyje jakby własnym życiem, poza światem. Informacje docierają do niego z opóźnieniem godnym Poczty Polskiej. Niektóre nie docierają wcale. Głównie te ode mnie.
 
Co wieczór mąż czyta starszemu synowi bajki na dobranoc, po czym włącza mu w pokoju muzykę i przysiada na podłodze przy łóżeczku, żeby zaczekać, aż potomek zaśnie. To są wprawdzie męskie sprawy, ale zdaje się, że panowie urządzają sobie wyścigi, któremu pierwszemu się to uda.
 
Każdego ranka mąż skarży się, że zmarnował cały wieczór śpiąc na podłodze w pokoju dziecka. Każdego popołudnia zarzeka się, że tym razem będzie inaczej. Każdego wieczoru próbuję go obudzić, błagając, by chrapaniem nie obudził dzieci. Każdej nocy, czasami wręcz nad ranem, po kilku nieudanych próbach dobudzenia, grożę, że pójdę spać i zostawię go tam na resztę nocy.
 
Kolejny wieczór. Usypiam młodsze dziecko, mąż w pokoju obok czyta na głos „Calineczkę”. Nasłuchuję odruchowo, jak wstaje, gasi światło, włącza muzykę, zamienia jeszcze kilka słów z synkiem i zaczyna chrapać. Za jakiś czas, tradycyjnie, podejmuję pierwszą próbę obudzenia go.
 
Ja: Kochanie, jest dziesiąta, wstawaj
ON (udając świeżość rzodkiewki): Przecież nie śpię, już wstaję

Po godzinie wchodzę do pokoju i zaczynam go lekko tarmosić.
Ja: Wstawaj, dość tego, będziesz potem zły, że spałeś!
ON (oburzony i przytomny jak Amy Winehouse): Wstaję, wstaję, przecież już wstaję, o co tyle krzyku.

Następnym razem znajduję, wydaje się, skuteczny sposób:
Ja: Kochanie, nie chcę ci przeszkadzać, ale Twój telefon chyba dzwoni
ON – zrywa się bez słowa i biegnie w kierunku biurka.

Przekonana, że sposób działa na zasadzie budzika postawionego daleko od łóżka (jak już wstaniesz, to się nie położysz), uspokajam go.

Ja: Spokojnie, tylko żartowałam, bo chciałam, żebyś wstał.

Mówię to o kilka, może kilkanaście sekund za wcześnie.
Opatrzność sprawia, że mąż ma zamknięte oczy, bo po jego minie widzę, że gdyby były otwarte, zabiłby mnie wzrokiem bazyliszka na miejscu. Odwraca się na pięcie i, ku mojemu zdumieniu, mija łóżko, wychodzi z naszej sypialni i wraca na swoje miejsce na podłodze, gdzie przesypia, już nie niepokojony przeze mnie, kolejne trzy godziny.

Co za mózg, proszę państwa, co za mózg. Kuloodporny!

Kuzynka

4 komentarzy

Nigdy nie zapomnę tego dnia, gdy miałam się spotkać z prawie byłym już wtedy mężem, żeby odebrać od niego jakieś swoje dokumenty, które były mi niezbędne do dalszego życia. Umówiliśmy się w jeszcze niedawno naszym wspólnym mieszkaniu, które teraz zajmował on sam.
Ustalonego dnia, o uzgodnionej godzinie, zmierzałam właśnie w stronę klatki schodowej, gdy zobaczyłam, jak ON szybkim krokiem ją opuszcza i kieruje się w stronę tramwaju. Podbiegłam do niego, zanim zdążył uciec.

Ja: Ej, przecież byliśmy umówieni. Muszę zabrać od ciebie te papiery.
ON (patrząc gdzieś w bok): Wiem, pamiętam, ale bardzo się śpieszę. Idź, w mieszkaniu jest moja kuzynka i wie, co ma ci oddać.

Popatrzyłam na niego krzywo, jeszcze raz gratulując sobie w duchu decyzji o rozwodzie. Nie zostawił mi wyboru, więc poszłam.

Czekając na windę, psioczyłam w duchu: „Jasne, KUZYNKA, już ja znam te kuzynki. Jakąś pannę sobie przygruchał i chce się przede mną popisać, jaki to jest rozrywany i ile straciłam. Znam całą jego rodzinę na wylot i nigdy w życiu nie słyszałam o żadnej kuzynce.” Nie pamiętam, kogo spodziewałam się zobaczyć w drzwiach, ale byłam pewna, że cała akcja jest obliczona na zepsucie mi nastroju, oczekiwałam zatem widoku, który obudzi wszystkie moje kompleksy.

Drzwi otworzyła mi… kuzynka. Od razu tak pomyślałam, bo przecież żaden facet przy zdrowych (albo i nie) zmysłach nie wpadłby na pomysł, by się pochwalić taką „zdobyczą”. Widocznie nie znałam rodziny męża tak dobrze, jak mi się wydawało. Bo ona (wierzyłam na słowo, że to kobieta) powitała mnie męskim, przepalonym głosem. Zatrzęsła pomarańczowym jeżem na głowie. Poruszyła pajęczym ciałem owiniętym w rozciągnięty bury sweter i wiszące dziurawe legginsy. I dała mi teczkę z dokumentami.

Wieczorem zadzwoniłam do męża, żeby podziękować za przygotowanie papierów.

Ja (kończąc rozmowę): Przez chwilę pomyślałam, że chcesz mi przedstawić nową narzeczoną, ale teraz wiem na pewno, że masz kuzynkę, której nie znałam. Przecież gust masz lepszy…
ON (dziwnie napiętym tonem): Co chcesz od mojej kuzynki? Na pewno jest lepsza od ciebie.

Na pewno była lepsza – dla niego. I to, co uprawiali, wcale nie było kazirodztwem, a rodzinę męża znałam jednak całkiem dobrze. Kiedy, z upływem lat, przybywało mi pokory i skromności, stopniowo przestawałam się czuć lepsza od innych. I wtedy przyszło mi do głowy, że tamto spotkanie faktycznie miało popsuć mi humor, ale nie z powodów, które podejrzewałam

Być może ukochany mąż zaaranżował je, bym przekonała się, z jakiego pochodzę worka. Żebym sobie nie myślała, że jestem jakaś Sharon Stone.


  • RSS