Nigdy nie zapomnę tego dnia, gdy miałam się spotkać z prawie byłym już wtedy mężem, żeby odebrać od niego jakieś swoje dokumenty, które były mi niezbędne do dalszego życia. Umówiliśmy się w jeszcze niedawno naszym wspólnym mieszkaniu, które teraz zajmował on sam.
Ustalonego dnia, o uzgodnionej godzinie, zmierzałam właśnie w stronę klatki schodowej, gdy zobaczyłam, jak ON szybkim krokiem ją opuszcza i kieruje się w stronę tramwaju. Podbiegłam do niego, zanim zdążył uciec.

Ja: Ej, przecież byliśmy umówieni. Muszę zabrać od ciebie te papiery.
ON (patrząc gdzieś w bok): Wiem, pamiętam, ale bardzo się śpieszę. Idź, w mieszkaniu jest moja kuzynka i wie, co ma ci oddać.

Popatrzyłam na niego krzywo, jeszcze raz gratulując sobie w duchu decyzji o rozwodzie. Nie zostawił mi wyboru, więc poszłam.

Czekając na windę, psioczyłam w duchu: „Jasne, KUZYNKA, już ja znam te kuzynki. Jakąś pannę sobie przygruchał i chce się przede mną popisać, jaki to jest rozrywany i ile straciłam. Znam całą jego rodzinę na wylot i nigdy w życiu nie słyszałam o żadnej kuzynce.” Nie pamiętam, kogo spodziewałam się zobaczyć w drzwiach, ale byłam pewna, że cała akcja jest obliczona na zepsucie mi nastroju, oczekiwałam zatem widoku, który obudzi wszystkie moje kompleksy.

Drzwi otworzyła mi… kuzynka. Od razu tak pomyślałam, bo przecież żaden facet przy zdrowych (albo i nie) zmysłach nie wpadłby na pomysł, by się pochwalić taką „zdobyczą”. Widocznie nie znałam rodziny męża tak dobrze, jak mi się wydawało. Bo ona (wierzyłam na słowo, że to kobieta) powitała mnie męskim, przepalonym głosem. Zatrzęsła pomarańczowym jeżem na głowie. Poruszyła pajęczym ciałem owiniętym w rozciągnięty bury sweter i wiszące dziurawe legginsy. I dała mi teczkę z dokumentami.

Wieczorem zadzwoniłam do męża, żeby podziękować za przygotowanie papierów.

Ja (kończąc rozmowę): Przez chwilę pomyślałam, że chcesz mi przedstawić nową narzeczoną, ale teraz wiem na pewno, że masz kuzynkę, której nie znałam. Przecież gust masz lepszy…
ON (dziwnie napiętym tonem): Co chcesz od mojej kuzynki? Na pewno jest lepsza od ciebie.

Na pewno była lepsza – dla niego. I to, co uprawiali, wcale nie było kazirodztwem, a rodzinę męża znałam jednak całkiem dobrze. Kiedy, z upływem lat, przybywało mi pokory i skromności, stopniowo przestawałam się czuć lepsza od innych. I wtedy przyszło mi do głowy, że tamto spotkanie faktycznie miało popsuć mi humor, ale nie z powodów, które podejrzewałam

Być może ukochany mąż zaaranżował je, bym przekonała się, z jakiego pochodzę worka. Żebym sobie nie myślała, że jestem jakaś Sharon Stone.