Mózg to fenomenalny narząd. Decyduje za mnie, co jest ważne, a co zupełnie pozbawione znaczenia. Pozwala mi schować telefon do lodówki, zostawić klucze w zamku, a jednocześnie niezawodnie dba, bym nie przegapiła spraw kluczowych: terminów szczepień, adnotacji małym druczkiem w umowach, obcego włosa na klapie marynarki męża (gdyby mąż miał marynarkę). Mój mózg, na dodatek, ma poczucie humoru. Czasami żartuje sobie ze mnie, by poprawić mi humor. Na ogół rzuca wtedy urok na mój zmysł słuchu.
Fajny mamy karmnik„, mówi mąż po całym popołudniu spędzonym ze starszym synem na zajęciach praktyczno-technicznych.
Jakie garnki?”, pytam.
Czasami rzuca mi się na wzrok.
Przyczyną katastrofy airbusa mogło być zderzenie z ptakiem lub stadem ptaków„, ogłasza TVN 24.
Ja, jako przyczynę, widzę „zderzenie z ptakiem lub siedem ptaków„. Czemu nie „dziewcząt z Albatrosa”?

Ten sam mózg, który rejestruje najlżejszy szelest z sąsiedniego pokoju, gdzie śpi mój starszy synek, całkowicie ignoruje dźwięk budzika, gdy do pracy wstaje mój mąż.
 
Zaś mózg mojego męża… To dopiero arcydzieło. Żyje jakby własnym życiem, poza światem. Informacje docierają do niego z opóźnieniem godnym Poczty Polskiej. Niektóre nie docierają wcale. Głównie te ode mnie.
 
Co wieczór mąż czyta starszemu synowi bajki na dobranoc, po czym włącza mu w pokoju muzykę i przysiada na podłodze przy łóżeczku, żeby zaczekać, aż potomek zaśnie. To są wprawdzie męskie sprawy, ale zdaje się, że panowie urządzają sobie wyścigi, któremu pierwszemu się to uda.
 
Każdego ranka mąż skarży się, że zmarnował cały wieczór śpiąc na podłodze w pokoju dziecka. Każdego popołudnia zarzeka się, że tym razem będzie inaczej. Każdego wieczoru próbuję go obudzić, błagając, by chrapaniem nie obudził dzieci. Każdej nocy, czasami wręcz nad ranem, po kilku nieudanych próbach dobudzenia, grożę, że pójdę spać i zostawię go tam na resztę nocy.
 
Kolejny wieczór. Usypiam młodsze dziecko, mąż w pokoju obok czyta na głos „Calineczkę”. Nasłuchuję odruchowo, jak wstaje, gasi światło, włącza muzykę, zamienia jeszcze kilka słów z synkiem i zaczyna chrapać. Za jakiś czas, tradycyjnie, podejmuję pierwszą próbę obudzenia go.
 
Ja: Kochanie, jest dziesiąta, wstawaj
ON (udając świeżość rzodkiewki): Przecież nie śpię, już wstaję

Po godzinie wchodzę do pokoju i zaczynam go lekko tarmosić.
Ja: Wstawaj, dość tego, będziesz potem zły, że spałeś!
ON (oburzony i przytomny jak Amy Winehouse): Wstaję, wstaję, przecież już wstaję, o co tyle krzyku.

Następnym razem znajduję, wydaje się, skuteczny sposób:
Ja: Kochanie, nie chcę ci przeszkadzać, ale Twój telefon chyba dzwoni
ON – zrywa się bez słowa i biegnie w kierunku biurka.

Przekonana, że sposób działa na zasadzie budzika postawionego daleko od łóżka (jak już wstaniesz, to się nie położysz), uspokajam go.

Ja: Spokojnie, tylko żartowałam, bo chciałam, żebyś wstał.

Mówię to o kilka, może kilkanaście sekund za wcześnie.
Opatrzność sprawia, że mąż ma zamknięte oczy, bo po jego minie widzę, że gdyby były otwarte, zabiłby mnie wzrokiem bazyliszka na miejscu. Odwraca się na pięcie i, ku mojemu zdumieniu, mija łóżko, wychodzi z naszej sypialni i wraca na swoje miejsce na podłodze, gdzie przesypia, już nie niepokojony przeze mnie, kolejne trzy godziny.

Co za mózg, proszę państwa, co za mózg. Kuloodporny!