Po dłuższym czasie funkcjonowania na arenie zawodowej w charakterze wolnego strzelca, wracam na etat. Etat charakteryzuje się tym, że wraz z umową o pracę dostaje się przełożonego.

Mój przełożony zaś charakteryzuje się tym, że jest osobą pozbawioną wszelkich zasad, za to nie pozbawioną talentu demagoga, co czyni go dość bezkarnym w małym światku, w jakim się obraca. Bezkarnym również z zadziwiającego punktu widzenia instytucji stojących na straży praw pracowniczych, które to prawa mój szef łamie tak namiętnie, że podejrzewam go o całkowity brak innych zainteresowań i pasji.

Choć i moje, jako pracownika, prawa były w owym czasie nagminnie łamane, to piastowane przeze mnie odpowiedzialne stanowisko nie pozwalało mi na ich dochodzenie bez szkody dla wykonywanej pracy. Praca natomiast, choć ponad miarę absorbująca i czasochłonna, dawała mi mnóstwo satysfakcji (co w pewnym sensie rekompensowało fakt, iż nie dawała niemal żadnych pieniędzy), ale też możliwości.

Możliwości wykorzystywałam do zabiegów mających na celu utrzymanie w ślubnym przekonania, że zajmując się dziećmi, jako strażnik domowego ogniska, nie jest jednostką bezużyteczną, pozbawioną cech męskich, a nawet ludzkich, lecz pełnowartościowym obywatelem płci męskiej, przydatnym, a wręcz niezbędnym do wykonywania pewnych zadań.

Toteż angażowałam go w projekty, kontaktowałam z ludźmi i urzędami, oddawałam pole, gdy temat wiązał się z jego zainteresowaniami. Jednym słowem zabawiłam się w typową żonę-polkę, której pomyliły się życiowe role.

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko fakt, że chciałam dobrze. Ale wszyscy wiemy, czym wybrukowane są piekielne korytarze…

Któregoś dnia, po szczególnie męczącym dniu, przekonałam się, jaka jest cena takiej postawy.

ON (złośliwie ponad miarę): Dlaczego twój szefuńcio nie odbiera mojego telefonu?

Spoglądam na niego z wyrazem twarzy zdradzającym ilość aktywnych szarych komórek w ilości sztuk trzech (to był naprawdę ciężki dzień).

ON (powtarza, dorzucając kolejną dawkę jadu): Pytam, dlaczego twój szef odrzuca moje połączenia?

Ja (wciąż niezbyt rozgarnięta): Pytasz … mnie?

ON (zniecierpliwiony): Tak, ciebie, a widzisz tu kogoś jeszcze?

Ja nie, ale może ON widzi…

Ja (beznadziejnie szukając ratunku w logice): Ale dlaczego właśnie mnie?… Czy ja jestem matką, która go urodziła i wychowała, nie wpajając mu zasad dobrego wychowania, również w zakresie telekomunikacji? Skąd akurat ja mam wiedzieć, dlaczego on nie obiera telefonu od ciebie?!

ON (prychając na ten oczywisty truizm): Bo to twój szef!

Popukałam się w głowę, co nie było szczególnie mądrym posunięciem w świetle późniejszych wydarzeń.

Porada dla osób aktywnych zawodowo i pozostających jednocześnie w związkach: bądźcie pracodawcami, nie pracownikami. Odpowiedzi na niektóre pytania będą dużo łatwiejsze.