Mężczyzna, którego sobie wybrałam na życie, nie lubi załatwiać spraw przez telefon. Być może trafniejszym nawet byłoby powiedzieć: mężczyzna, którego sobie wybrałam na życie, nie lubi załatwiać spraw.

Grunt, że gdy przychodzi do załatwienia jakiejś sprawy – i gdy zadanie jest z racji swojego charakteru i kontekstu przypisane właśnie jemu – zaczynają się schody i zgrzyty.

Kiedy mogę, wyręczam go w tym procederze, ale ponieważ jestem sobą, a nie nim, nie każdą rzecz załatwić w jego imieniu mogę.

I tak któregoś dnia ON prosi mnie o wykonanie telefonu do znajomej z innego miasta z prośbą, by przekazała mu przez inną znajomą pewną przesyłkę.
Dzwonię, lecz by nie zrobić złego wrażenia, dzielę się przy okazji najnowszymi ploteczkami. Dowiaduję się też, że ktoś niezbyt sympatyczny szukał kontaktu z moim małżonkiem w nie do końca wiadomym celu.

Co, przy najbliższej nadarzającej się okazji, mu przekazuję. W chwili jednak przekazywania widzę już, jak straszny popełniłam błąd, gdyż ON robi się jakby nieco purpurowy i nagle zaczyna rzucać większy cień. Niestety, na mnie. Ponieważ wydaje z siebie serię niezidentyfikowanych dźwięków, pytam zaniepokojona, czy coś się stało…

ON (z dużą dozą niechęci, że użyję takiego eufemizmu): Mogłabyś czasem przekazać mi jakąś DOBRĄ wiadomość dla odmiany!

Ty taki szmaki owaki, myślę wściekła, codziennie dostajesz całą serię dobrych wiadomości, których nawet nie raczysz skomentować, ale przezornie nie wypowiadam tego na głos. Jednak zupełnie nierozważnie postanawiam się odezwać…

Ja: Wyjaśnijmy sobie pewne niejasności. Mam ci NIE przekazywać wiadomości?

Myślę sobie, że teraz usłyszę coś mądrego, dostrzegę błysk refleksji w jego oczach. Ale nie.

ON: Masz mi przekazywać, ale najpierw masz je WERYFIKOWAĆ. Od razu chcę wiedzieć, czego chce ode mnie ta osoba, a nie, że tylko mnie szuka.

Moje próby wyjaśnienia, że możliwości weryfikacji przeze mnie pewnych faktów są dość ograniczone, spełzają na niczym. Oczywiście.
Rozważam zatrudnienie sekretarki dla mojego męża. Tak, to jest ogłoszenie w sprawie pracy. Wakat aktualny.

I na nic mi późnowieczorne wyznanie: wiesz, jaki miałem okropny dzień w pracy. Siwe włosy nie dają się pokryć byle jaką farbą.

Jednak, niczym Pollyanna, znajduję dobrą stronę zdarzenia: jakie to szczęście, że nie żyję w miejscu i czasie, gdy posłańca przynoszącego złe wieści po prostu skracano o głowę.