Ja (składając stertę prania w równą kosteczkę): Kochanie, zrób porządek na stole w pokoju, proszę…

Ponieważ niefortunny zbieg okoliczności jak co dzień sprawił, że ilość domowych zadań przekracza wydolność piłkarskiej drużyny, gdy widzę, że małżonek beztrosko zasiada do gry, próbuję go zaangażować do celów bardziej przyziemnych i bynajmniej nie militarnych. W przeciwnym razie zostanę zmuszona zgłosić się do ośrodka prowadzącego jakieś eksperymentalne transplantacje i doczepić sobie kilka par rąk, względnie się sklonować.

ON (o dziwo bez złości): Już sprzątam.

Po czym wprawnie sprząta z mapy na monitorze komputera całą dywizję przeciwnika. Stół w pokoju, zajęty przez wrogie zabawki, kredki, bloki rysunkowe i kubki z Buzzem Astralem, pozostaje nietknięty.

Ja (po jakimś czasie, wciąż przy tej samej czynności): Kochanie, proszę cię, posprzątaj ten stół!

Słyszę westchnienie.

ON: Już, za chwilę sprzątnę!

Mija jeszcze jakiś czas, gdy nagle ON wkracza do pokoju, w którym prowadzę swoją działalność porządkową.

ON (z odcieniem dumy w głosie): Skończyłem grać, zapaliłem, posprzątałem stół w kuchni…

Upewniam się, że się nie przesłyszałam. Chyba wiem, gdzie był bałagan, a gdzie go nie było…

Ja: Stół w kuchni? Miałeś posprzątać na stole w pokoju…

ON (po chwili zdumionego milczenia): Ja pier#%ę, pomyliłem stoły!

Niby oczy ma, mózg prawie identyczny z moim, a jednak to mieszkaniec innej planety, jak Boga kocham.