Dzwoni mój telefon, więc odbieram i zaczynam rozmawiać. Bynajmniej, nie są to plotki, lecz konwersacja czysto informacyjna o charakterze medycznym. Udzielając porad z zakresu laryngologii dostrzegam pod stołem w jadalni plamę, której wcześniej tam nie było (takie rzeczy zdarzają się czasem w domach pełnych małych dzieci). Osobisty małżonek zwraca na nią uwagę dokładnie w tej samej chwili.

Plama okazuje się być rozlanym sokiem, a że podłogę pokrywa biały marmur, trzeba ją usunąć możliwie szybko. Toteż małżonek udaje się w kierunku wiadra z mopem, a ja, nie wiedzieć czemu, zostaję przy plamie, jakby trzeba jej było pilnować. Wciąż rozmawiam (jak dotąd, zdarzenie nie trwa dłużej niż kilkanaście sekund), nie do końca zatem rejestruję, co się wokół mnie dzieje, szczególnie, że podaję telefonicznemu rozmówcy nazwy leków, sposób dawkowania i inne informacje wymagające ode mnie minimum skupienia na temacie.

Małżonek wraca i z irytacją zaczyna zmywać plamę z podłogi, spode łba zerkając na mnie, wciąż uwiązaną do telefonu. W końcu nie wytrzymuje i wybucha.

ON: Musisz rozmawiać AKURAT teraz?!

Tknięta nagłym wyrzutem sumienia upewniam się, że udzieliłam swojemu rozmówcy wszystkich niezbędnych informacji i szybko kończę rozmowę.

Zwracam się ku mężowi, skora do pomocy.

Ja: Już. Co mam zrobić?
ON: Nic.  

Ach tak. Nie mogłam rozmawiać przez telefon, bo przeszkadzało mi to w podziwianiu precyzyjnych ruchów mopa sterowanego utalentowanym bicepsem małżonka. Jak to dobrze, że mam męża, który tak bardzo troszczy się o moje doznania estetyczne…