za-co-on-sie-obrazil blog

Twój nowy blog

Fenomen

6 komentarzy
Mózg to fenomenalny narząd. Decyduje za mnie, co jest ważne, a co zupełnie pozbawione znaczenia. Pozwala mi schować telefon do lodówki, zostawić klucze w zamku, a jednocześnie niezawodnie dba, bym nie przegapiła spraw kluczowych: terminów szczepień, adnotacji małym druczkiem w umowach, obcego włosa na klapie marynarki męża (gdyby mąż miał marynarkę). Mój mózg, na dodatek, ma poczucie humoru. Czasami żartuje sobie ze mnie, by poprawić mi humor. Na ogół rzuca wtedy urok na mój zmysł słuchu.
Fajny mamy karmnik„, mówi mąż po całym popołudniu spędzonym ze starszym synem na zajęciach praktyczno-technicznych.
Jakie garnki?”, pytam.
Czasami rzuca mi się na wzrok.
Przyczyną katastrofy airbusa mogło być zderzenie z ptakiem lub stadem ptaków„, ogłasza TVN 24.
Ja, jako przyczynę, widzę „zderzenie z ptakiem lub siedem ptaków„. Czemu nie „dziewcząt z Albatrosa”?

Ten sam mózg, który rejestruje najlżejszy szelest z sąsiedniego pokoju, gdzie śpi mój starszy synek, całkowicie ignoruje dźwięk budzika, gdy do pracy wstaje mój mąż.
 
Zaś mózg mojego męża… To dopiero arcydzieło. Żyje jakby własnym życiem, poza światem. Informacje docierają do niego z opóźnieniem godnym Poczty Polskiej. Niektóre nie docierają wcale. Głównie te ode mnie.
 
Co wieczór mąż czyta starszemu synowi bajki na dobranoc, po czym włącza mu w pokoju muzykę i przysiada na podłodze przy łóżeczku, żeby zaczekać, aż potomek zaśnie. To są wprawdzie męskie sprawy, ale zdaje się, że panowie urządzają sobie wyścigi, któremu pierwszemu się to uda.
 
Każdego ranka mąż skarży się, że zmarnował cały wieczór śpiąc na podłodze w pokoju dziecka. Każdego popołudnia zarzeka się, że tym razem będzie inaczej. Każdego wieczoru próbuję go obudzić, błagając, by chrapaniem nie obudził dzieci. Każdej nocy, czasami wręcz nad ranem, po kilku nieudanych próbach dobudzenia, grożę, że pójdę spać i zostawię go tam na resztę nocy.
 
Kolejny wieczór. Usypiam młodsze dziecko, mąż w pokoju obok czyta na głos „Calineczkę”. Nasłuchuję odruchowo, jak wstaje, gasi światło, włącza muzykę, zamienia jeszcze kilka słów z synkiem i zaczyna chrapać. Za jakiś czas, tradycyjnie, podejmuję pierwszą próbę obudzenia go.
 
Ja: Kochanie, jest dziesiąta, wstawaj
ON (udając świeżość rzodkiewki): Przecież nie śpię, już wstaję

Po godzinie wchodzę do pokoju i zaczynam go lekko tarmosić.
Ja: Wstawaj, dość tego, będziesz potem zły, że spałeś!
ON (oburzony i przytomny jak Amy Winehouse): Wstaję, wstaję, przecież już wstaję, o co tyle krzyku.

Następnym razem znajduję, wydaje się, skuteczny sposób:
Ja: Kochanie, nie chcę ci przeszkadzać, ale Twój telefon chyba dzwoni
ON – zrywa się bez słowa i biegnie w kierunku biurka.

Przekonana, że sposób działa na zasadzie budzika postawionego daleko od łóżka (jak już wstaniesz, to się nie położysz), uspokajam go.

Ja: Spokojnie, tylko żartowałam, bo chciałam, żebyś wstał.

Mówię to o kilka, może kilkanaście sekund za wcześnie.
Opatrzność sprawia, że mąż ma zamknięte oczy, bo po jego minie widzę, że gdyby były otwarte, zabiłby mnie wzrokiem bazyliszka na miejscu. Odwraca się na pięcie i, ku mojemu zdumieniu, mija łóżko, wychodzi z naszej sypialni i wraca na swoje miejsce na podłodze, gdzie przesypia, już nie niepokojony przeze mnie, kolejne trzy godziny.

Co za mózg, proszę państwa, co za mózg. Kuloodporny!

Kuzynka

4 komentarzy

Nigdy nie zapomnę tego dnia, gdy miałam się spotkać z prawie byłym już wtedy mężem, żeby odebrać od niego jakieś swoje dokumenty, które były mi niezbędne do dalszego życia. Umówiliśmy się w jeszcze niedawno naszym wspólnym mieszkaniu, które teraz zajmował on sam.
Ustalonego dnia, o uzgodnionej godzinie, zmierzałam właśnie w stronę klatki schodowej, gdy zobaczyłam, jak ON szybkim krokiem ją opuszcza i kieruje się w stronę tramwaju. Podbiegłam do niego, zanim zdążył uciec.

Ja: Ej, przecież byliśmy umówieni. Muszę zabrać od ciebie te papiery.
ON (patrząc gdzieś w bok): Wiem, pamiętam, ale bardzo się śpieszę. Idź, w mieszkaniu jest moja kuzynka i wie, co ma ci oddać.

Popatrzyłam na niego krzywo, jeszcze raz gratulując sobie w duchu decyzji o rozwodzie. Nie zostawił mi wyboru, więc poszłam.

Czekając na windę, psioczyłam w duchu: „Jasne, KUZYNKA, już ja znam te kuzynki. Jakąś pannę sobie przygruchał i chce się przede mną popisać, jaki to jest rozrywany i ile straciłam. Znam całą jego rodzinę na wylot i nigdy w życiu nie słyszałam o żadnej kuzynce.” Nie pamiętam, kogo spodziewałam się zobaczyć w drzwiach, ale byłam pewna, że cała akcja jest obliczona na zepsucie mi nastroju, oczekiwałam zatem widoku, który obudzi wszystkie moje kompleksy.

Drzwi otworzyła mi… kuzynka. Od razu tak pomyślałam, bo przecież żaden facet przy zdrowych (albo i nie) zmysłach nie wpadłby na pomysł, by się pochwalić taką „zdobyczą”. Widocznie nie znałam rodziny męża tak dobrze, jak mi się wydawało. Bo ona (wierzyłam na słowo, że to kobieta) powitała mnie męskim, przepalonym głosem. Zatrzęsła pomarańczowym jeżem na głowie. Poruszyła pajęczym ciałem owiniętym w rozciągnięty bury sweter i wiszące dziurawe legginsy. I dała mi teczkę z dokumentami.

Wieczorem zadzwoniłam do męża, żeby podziękować za przygotowanie papierów.

Ja (kończąc rozmowę): Przez chwilę pomyślałam, że chcesz mi przedstawić nową narzeczoną, ale teraz wiem na pewno, że masz kuzynkę, której nie znałam. Przecież gust masz lepszy…
ON (dziwnie napiętym tonem): Co chcesz od mojej kuzynki? Na pewno jest lepsza od ciebie.

Na pewno była lepsza – dla niego. I to, co uprawiali, wcale nie było kazirodztwem, a rodzinę męża znałam jednak całkiem dobrze. Kiedy, z upływem lat, przybywało mi pokory i skromności, stopniowo przestawałam się czuć lepsza od innych. I wtedy przyszło mi do głowy, że tamto spotkanie faktycznie miało popsuć mi humor, ale nie z powodów, które podejrzewałam

Być może ukochany mąż zaaranżował je, bym przekonała się, z jakiego pochodzę worka. Żebym sobie nie myślała, że jestem jakaś Sharon Stone.

Podobno to domeną kobiet jest przysłowiowe „szukanie dziury w całym”. Rzeczywiście, bywam o to posądzana częściej, niż bym sobie tego życzyła. Jednak moja działalność na tym polu jest żałośnie skromna, w porównaniu z wyczynami mojego męża. 

W garnku na kuchence gotuje się potrawka z kurzych łapek – dla psów. (Najlepsze lekarstwo na starcze zwyrodnienie stawów biodrowych, czysta żelatynka.) Ponieważ gotuje się od jakiegoś już czasu, wołam z góry do męża, żeby wrzucił do garnka paczkę makaronu. Po chwili słyszę dobiegające z kuchni przekleństwa i kierowane pod moim adresem pomówienia, jakoby kolor moich włosów miał wpływ na zdolność do oceny objętości naczyń kuchennych, dodam niepotrzebnie, że chodzi o wpływ ujemny, wydaje mi się również, że słyszę, jak sugeruje się organiczne zmiany w budowie mojej kory mózgowej, a nawet podejrzewa się brak rzeczonego organu lub jego obecność w ilości szczątkowej. Spotykam się z mężem w połowie schodów i tam dowiaduję się, że zapełniłam garnek nóżkami w stopniu uniemożliwiającym dołożenie do niego czegokolwiek większego, niż ziarnko ryżu.

Wydaję mężowi brutalną komendę odstosunkowania się od rzeczonego garnka i jego zawartości i postanawiam osobiście dosypać doń makaron, w myśl zasady, że „kazał pan, musiał sam”.

Mąż, niestety, podąża do kuchni za mną, wyraźnie chcąc być naocznym świadkiem mojej klęski. Klęska, ku jego frustracji, nie następuje. W garnku mieści się nie tylko paczka makaronu, ale jeszcze kilka smakołyków, które zostały z obiadu. Wszystkie czynności wykonuję ostentacyjnie i bez słowa. Rozrywam opakowanie makaronu, wrzucam do garnka, mieszam jego zawartość, odkładam puste opakowanie po makaronie na kuchenny blat, wrzucam do garnka pozostałe resztki, mieszam, odwracam się na pięcie i wychodzę z kuchni, czując na sobie niechętny wzrok ślubnego.

Prawie wychodzę.

Dogania mnie jego jadowity szept:

ON: Oczywiście za trudno było wyrzucić opakowanie do śmieci…

Odwracam się do niego powoli, sięgając wprawnym ruchem po sztylety tkwiące za paskiem spodni i jednym wyćwiczonym rzutem umieszczam wszystkie pięć, jeden po drugim, w wyznaczonym celu: kolano, kolano, krocze, serce, czoło.

Wersja alternatywna dla dorosłych: odwracam się do niego powoli, starając się nadać twarzy wyraz bezbrzeżnej pogardy, którą godzę w jego napuszone ego.

Napuszone ego jednak nic sobie z tego nie robi. Zadowolony, że udało mu się odwrócić kota ogonem, obraża się na mnie z dużym entuzjazmem.

Psy dostają jeść, kurtyna opada.

Prawie jak Playboy

13 komentarzy

W Playboyu ukazuje się sesja zdjęciowa Kasi Figury. Przeglądam ją sobie przy biurku, bo ON zadbał, żeby ten numer magazynu znalazł się w naszym posiadaniu. Mniejszy lub większy negliż, beże, czernie i biele, dojrzała Kasia Figura piękniejsza niż kiedykolwiek. Podoba się nam.
Kilka godzin później leżę na łóżku usypiając dziecko. W negliżu składającym się z czarnej koszulki na ramiączkach, beżowego pasa poporodowego, czarnych majtek i czarnych sportowych skarpetek ze ściągaczem. Wrodzone poczucie humoru i nabyty brak skromności sprawiają, że widzę pewną analogię.

Ja: Kochanie, spójrz na mnie. Wyglądam teraz prawie jak Kasia Figura…
ON (przyglądając mi się nie bez czułości): Masz rację, prawie jak Kasia Figura…

A może to nie czułość w jego wzroku, lecz politowanie?

ON (wzdychając): A „prawie” robi wielką różnicę…

Och tam, esteta się znalazł. W konwencji się utrzymałam!

Mam męża z poczuciem humoru. Poczucie humoru mojego męża tym się różni od innych znanych mi poczuć (humoru), że chyba jest ono rodem z jakiegoś innego języka, świata, kultury. Nie wiem, może to takie suahili-poczucie-humoru, a ja się nie znam. Mąż zaś błyszczy dowcipem niestrudzenie, błyszczy i błyska, a ja sama nie wiem, co gorsze.

Najpierw ludzie uciekali od niego, gdzie pieprz rośnie i widocznie tam właśnie, gdzie rośnie ten pieprz, zapoznawali się bliżej z owym dialektem, bo potem wracali, jakby odporniejsi i nawet się nieco zaczęli zaśmiewać. Czasami nawet z przekonaniem.
Bo na przykład:
Czekamy na gości, goście przychodzą. Na swoje nieszczęście drzwi otwiera im sam gospodarz:

ON: O, czego tu szukacie? Chyba was nie zapraszaliśmy?

Co mniej odporni goście w tym momencie uciekają, a ci co już znają ten dialekt, po prostu przepychają się przez drzwi, taranując zaporę z mojego męża. Ponieważ wszyscy taranują, myślę, że ci mniej odporni uciekli już wszyscy.

Ale są sytuacje, gdy ja, żona Pana Dowcipnego, mam dość. Co z tego, że ludzie się nie przejmują, skoro ja się przejmuję, zmęczona obserwowaniem nieudolnych prób pobicia mojego męża jego własną bronią? Ileż można słuchać tych wymuszonych ripost, oglądać sztuczne i uprzejme uśmiechy i słuchać zapewnień o nieskończonym do siebie dystansie tych odpornych gości?

Po wielu latach takich tortur uznałam dnia pewnego, że miarka się przebrała, a mąż posunął się, parafrazując,”o jeden żart za daleko”.

Ja: Czekaj ty, czekaj, aż przyjdzie ktoś z twoich znajomych. Zobaczymy, czy oni także są zaprawieni w boju.

Okazja nadarza się następnego dnia. Okazja jest sąsiadem, kolegą męża jeszcze ze szczenięcych lat. Tak się cudownie składa, że nie trawię gościa. Jest obleśnym męskim szowinistą rozbierającym wzrokiem wszystko, co się rusza, włącznie z osiedlowym śmietnikiem. Bez wahania zatem przystępuję do ataku, gdy tylko mąż wprowadza kolegę na ganek. Otwieram drzwi i mierząc gościa niechętnym spojrzeniem, rozpoczynam batalię.

ON: Cześć, Lilka.
Ja (z wyraźną niechęcią): Nno, czeeść. A czego ty właściwie tu szukasz?

Łypię na męża i z satysfakcją spostrzegam, że zbystrzał i zrobił się czujny. Jego kolega, nieświadomy walki, jaka toczy się na jego oczach, traci pewność siebie (czemu, ach czemu, nie byłam wobec niego taka ASERTYWNA już wcześniej?).

ON: Eee, to znaczy, nie… ja już idę…
Mąż (wtrąca się w panice): Nie, no nie wygłupiaj się, wchodź, ona tylko żartuje.

Ale ja nie wyglądam, jakbym żartowała.

Ja: No? To po co przyszedłeś?
ON (coraz bardziej przestraszony, wycofując się za próg, przez który mój mąż wciągnął go do środka): Nic, nic, ja już muszę iść.

Mąż jeszcze próbuje coś ratować, coś tłumaczyć, ale już widzi, że przegrał sromotnie.

Ja (zwracając się do gościa): No i dobrze. To stanowczo nie jest pora, żeby łazić po cudzych domach.

Sądzę, że gość dosłuchał najwyżej do „stanowczo” – tak szybko zmykał.

Och, jakąż awanturę zrobił mi mąż po tym fakcie! Jaki był poruszony i wstrząśnięty! Jaki obrażony! Osobiście dotknięty!

Ale chyba wolno mi osobiście dotykać własnego męża – szczególnie dla przyjemności…?

Sąsiad doszedł do siebie, choć chyba nie do końca, bo „dzień dobry” z jego ust poparte jest teraz ukłonem, którego efekt psuje jednak kłusik, jakim sąsiad umyka spoza zasięgu mojego wzroku. Nie zna się na żartach!

Podobno pies upodabnia się do swojego właściciela, czy też właściciel do psa. Warunkiem takiej zależności jest niewątpliwie intensywność relacji między obiektami. W bardziej cywilizowanych państwach organizuje się nawet konkursy ludzko-psich sobowtórów. Widziałam na Animal Planet.

Zdarza się jednak, że człowiek nawiązuje bliską relację z innym niż pies obiektem. Mój niemąż nawiązał ją z naszym samochodem. Ze szkodą dla wszystkich.

Samochód do czasu był niezawodny. Tym rodzajem niezawodności, który znają właściciele Volkswagenów: choćby nie trzymała go w kupie już żadna śrubka, samochód tej marki zawsze bezpiecznie dowiezie cię na miejsce – po czym zejdzie na rajskie złomowisko. Ale nie zawiedzie. Nie rozpadnie się na trasie, nie pęknie w miejskim korku.

I tak jest, póki jego właściciel okazuje chociaż cień wdzięczności, bryzę zaufania.

Z jakiejś okazji postanowiłam szarpnąć się na superprezent dla niemęża: samochodowy odtwarzacz CD i MP3. Prezent był przemyślany, wystarany, wyszukany i wybrany z największą uwagą. Miał być jednym z tych Prezentów Życia. I poniekąd stał się takowym, bo znacznie wpłynął na jego jakość…

Wręczyłam niemężowi prezent z dumą i niecierpliwie czekałam, aż go rozpakuje. Spodziewałam się okrzyków radości, entuzjazmu i zachwytu.

Jednak…

ON (po rozpakowaniu): Co to jest?
Ja: No jak to, co? Widzisz przecież…
ON: A po co mi to?
Ja: No jak to, przecież marzyłeś, żeby słuchać w samochodzie Bon Jovi i inne Ich Troje…?
ON: Ale ja tego nie będę montował w tym starym gracie! Przecież nie będę za pomocą radia podwajał wartości auta!

Zrobiło mi się przykro. Tak przykro, że nie chciało mi się nawet obmyślać planu zemsty za taki brak wrażliwości i wdzięczności.

Ale samochody związane ze swoimi właścicielami mają szósty zmysł.

Kilka godzin później niemąż miał gdzieś pojechać. Wyszedł z domu, ale po dłuższej chwili wrócił, okropnie wzburzony.

ON: Nie uwierzysz, co się stało!

Zerknęłam na niego nadal śmiertelnie zranionym wzrokiem gazeli.

ON: Wsiadam do samochodu, chcę go odpalić, a tam huk: spadła uszczelka! Chcę więc otworzyć maskę, żeby to szybko naprawić i co? W ręku zostaje mi rączka od linki otwierającej maskę! Ale to nie koniec!

Zaczynam słuchać z przyjemnością.

ON: Idę do bagażnika, żeby wyjąć kombinerki do tej cholernej linki! I co? I zamek od bagażnika zacina się na amen, niestety wraz z kluczykiem! Próbuję wyciągnąć chociaż ten kluczyk i co?

No, co?

ON (z jakiegoś powodu triumfalnie wyciąga przed siebie dłoń z kluczykiem): I to!!!

No tak. To tylko połowa kluczyka.

Samochód się nie obraża? A może on chciał mieć to radio?

Daytona

15 komentarzy

Lubię dobrych kierowców. Dobry kierowca, to według mnie taki, który wie, co robi za kierownicą, nie jest zawalidrogą, prowadzi z wyobraźnią, ale i z tą „iskrą”, która sprawia, że nie jest jakimś tam ulicznym szaraczkiem, tylko osobowością przez duże „O”.

Choć zdarzało mi się wiązać z mężczyznami, którzy nie spełniali tych kryteriów, zawsze, prędzej czy później, zaczynałam się męczyć, jadąc na siedzeniu pasażera, gdy prowadził taki delikwent. A to zbyt gwałtownie zmieniał biegi (i po cholerę?), a to hamował bez sensu, a to rezydował na lewym pasie jak udzielny książę, tamując ruch i dowodząc, że przecież „i tak jest ograniczenie do siedemdziesięciu, więc nikt, ale to NIKT nie powinien jechać szybciej”. Sama prowadziłam dużo i nieźle, więc po prostu nie mogłam znieść życia u boku gorszego od siebie kierowcy.
Co wcale nie przeszkadzało mi żyć u boku facetów zarabiających mniej ode mnie (choć to prawie niemożliwe, żeby zarabiać mniej ode mnie).

Zarobki zarobkami, ale w życiu są pewne priorytety. Dla mnie facet musi świetnie prowadzić i dobrze pływać. Tak mam i koniec.

No i w końcu związałam się z kimś takim. Bajka. Przyjemność podróżowania. Świadomość, że nie tylko jestem bezpieczna jako pasażer, ale jeszcze wszędzie zdążę na czas.

Ale nawet dobry kierowca czasem się obraża. Na innych kierowców.

Jedziemy sobie „siódemką” naszym Seatem Toledo. Widzę, że ON jest wyraźnie niespokojny. Zerka w lusterko, wyprzedza, znowu zerka. W końcu nie wytrzymuję narastającego napięcia.

Ja: Co się dzieje?
ON: Uciekam. Nie uwierzysz. „Maluch” mnie goni. I nie mogę się go pozbyć!

Odwracam się i patrzę przez tylną szybę. Faktycznie. Zielony „maluch” wyraźnie bez wysiłku lawiruje między rozpędzonymi autami, siedząc nam na ogonie. Coś podobnego.

Ja (prycham z pogardą): Nie ścigaj się z nim. To poniżej twojej godności.

ON jednak przyśpiesza jeszcze bardziej i w końcu Fiat 126p znika w otchłani TIR-ów za naszymi plecami.

ON (oddychając z ulgą): No. Zgubiłem go.

Nie da się ukryć. Choć był jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”.

Mam prośbę. Na własny użytek chciałabym się dowiedzieć, dla ilu osób piszę. Wrzućcie chociaż pusty komentarz, bo statystyki są chyba dla cyborgów – ja ich nie umiem „czytać”.
Okej? ;-)

Wszyscy to znamy. Z filmów, z literatury, z opowieści znajomych. Nagłe roztrzepanie, głuche telefony, wychodzenie na rozmowę, potajemne wysyłanie sms-ów. Amplituda emocji i nastrojów, jak Himalaje. Z jednej strony obsypywanie złotem, z drugiej pretensje o byle co.
Znak, że jesteśmy threesome.

Sobotni poranek. ON zaczyna się miotać, jak zwierzę po klatce. Bardzo dzikie zwierzę po bardzo małej klatce. Ubiera kurtkę. Rozgląda się niespokojnie.

Ja: A dokąd się wybierasz przed śniadaniem?
ON: Trzeba kupić chleb!

Patrzę zdumiona. Cały bochenek chleba leży przed jego nosem na kuchennym blacie. ON zauważa moje spojrzenie.

ON: No, świeże bułeczki trzeba kupić. I cukier! – oznajmia triumfalnie.

Bez słowa otwieram szafkę, w której pyszni się nierozpakowany kilogram cukru.

ON (z lekką rezygnacją): Gazetę…?

Kręcę głową z dezaprobatą.

Ja (pół żartem, pół – niestety – serio): Szukasz pretekstu, żeby wyjść z domu i zadzwonić do kochanki?
ON (obrusza się): Ależ skąd! Mogę zostawić telefon!

Tak… Z tego, co wiem, jedna z jego kochanek mieszka trzy kroki od domu, w połowie drogi do sklepu.
Macham ręką i dyktuję mu listę zakupów, skoro już MUSI wyjść. Kocie jedzenie, świeża wędlina, jogurty…
ON wychodzi, ja zostaję i ze smutkiem stwierdzam, że faceci są do bani.

Po jakimś czasie ON wraca do domu. W sam raz na śniadanie. Liczę, że dostanę te obiecane świeże bułeczki, szynkę i jogurt. Ale widzę, że ON wchodzi bez żadnych siatek.

Ja: A gdzie zakupy?
ON (otwierając oczy szeroko ze zdziwienia): Jakie zakupy? Przecież miałem kupić gazetę…

Jasne. I prezerwatywy.

Podobno każdy facet, a już na pewno każdy Europejczyk, marzy o małym „sam-na-sam” z Azjatką. Ale atrakcyjność tych pań maleje wprost proporcjonalnie do ich liczebności w miejscu zamieszkania potencjalnego kochanka. Dlatego, gdy znaleźliśmy się w kraju, gdzie ponad siedemdziesiąt procent populacji to Azjaci, niemąż zaczął marzyć raczej o Słowiankach, choćby i „zwalistych”.

Któregoś dnia kolega postanowił urozmaicić mu pobyt w obcym kraju i zaczął namawiać na „wyprawę na dziewczynki”. Gdy jednak niemąż, któremu do tego czasu znudził się już widok skośnookich piękności, nie dał się skusić, kolega westchnął i zaczął snuć opowieść.

W jego życiu też nadszedł kiedyś dzień, a raczej noc, którą zapragnął spędzić w towarzystwie mniej egzotycznym, niż zazwyczaj. Zaczął więc uważnie studiować dział ogłoszeń ulubionej gazety. Wkrótce natrafił na anons, który rozpalił jego wyobraźnię: pod podanym adresem miała czekać pełna temperamentu Hiszpanka o gorącym ciele i płonących oczach. Zadzwonił, umówił się, pojechał.

I niby wszystko się zgadzało, bo w drzwiach stała długowłosa brunetka z burzą loków do pasa, kieckę miała czerwoną jak krew, obcas wysoki i nawet ten ogień w jej oczach płonął, lecz cóż z tego, skoro te oczy były… skośne. „Jaki kraj, takie Hiszpanki”, chciałoby się powiedzieć.

ON popatrzył na nią z wyrzutem i bardziej z rozpędu, niż z rzeczywistej niepewności, spytał.

ON: Ty – Hiszpanka?

A ona, niezrażona, odpowiedziała stanowczo:

Ona: Si, si, me Spanish.

Z uroczym chińskim akcentem.

Cóż się dziwić, wszyscy mamy do odegrania w życiu jakąś rolę…

ON jednak obraził się i nie skorzystał. Może obawiał się tego, jak mogłaby wyglądać ta chińska corrida.

A ja przypominam tę historię, nucąc sobie pod nosem ulubioną piosenkę niemęża:

Szła dzieweczka bardzo mała przez ciemny las.
Hiszpański kapelusz miała, hiszpański pas,
W lewej rączce „sporta”, a za pasem kolta.
Do babuni szła uderzyć sobie w gaz!


  • RSS