za-co-on-sie-obrazil blog

Twój nowy blog

Magna

14 komentarzy

Jesteśmy w jednym z dwóch miejsc na świecie, gdzie można przeżyć lot prawdziwym Mustangiem. Lot tym cudem to prawdziwa gratka. Samolot latał w II Wojnie Światowej i przetrwał, a teraz może służyć miłośnikom historii i samolotów do spełniania marzeń życia.

Trafiliśmy tam nie bez powodu. Nasz synek (przy wydatnej pomocy swojej mamy) postanowił z okazji Dnia Ojca zafundować tacie taki lot. Przygoda nie byle jaka, bo to lot z atrakcjami. Doświadczony pilot siedzący za sterami tej maszyny prezentuje z ochotą jej możliwości. Beczki, symulacje ataku i mnóstwo innych korkociągów i piruetów. Z mojego punktu widzenia: śmierć w oczach. Z punktu widzenia niemęża: sen na jawie.

Na lotnisko zajechaliśmy Mitsubishi Magną z wypożyczalni. Ach, zakochałam się w tym całkowicie niedostępnym w Europie aucie. Niemąż wyposażył się po drodze w tenisówki (wymagane przez aeroklub), na miejscu dostał kombinezon, do którego kieszeni zaczął wkładać różne drobiazgi. Obserwuję to z rosnącym niepokojem.

Obsługa lotniska w tym czasie szykuje samolot: polerują go i sprawdzają każdą śrubkę. Potem prowadzą nas na miejsce startu. ON poleci, a ja z synem będziemy obserwować go z ziemi. Na samą myśl przechodzi mnie dreszcz, bo ja latać bardzo nie lubię, eufemistycznie rzecz ujmując. On za to jest kompletnie oszołomiony prezentem: za chwilę poleci samolotem-legendą i chyba nie bardzo zdaje sobie sprawę z moich niepokojów. Lotnicy zapraszają go na skrzydło, gdzie tłumaczą mu, jak zachowywać się podczas lotu.

Ja stoję coraz bardziej zdenerwowana. Niemąż sprawdza jeszcze, czy ma wszystko, czego potrzebuje. Wziął ze sobą aparat fotograficzny i…

Ja: Kochanie!

Niemąż lokujący się właśnie w kabinie wychyla się w moją stronę, oczekując zapewne jakiegoś wiekopomnego wyznania, może refleksji…

Ja (podjęłam już decyzję i się nie cofnę): Kochanie, daj mi kluczyki od Magny.
ON (nie bez zdziwienia): A po co ci kluczyki? Przecież ja za pół godziny będę z powrotem na ziemi.
Ja: Na wypadek, gdybyś się na tej ziemi znalazł wcześniej…
ON: Słucham?
Ja: No tak. Bo jakbyś się rozbił, to ja nie chcę jeszcze szukać w zgliszczach kluczyków od samochodu, względnie wzywać ludzi z wypożyczalni z zapasowym kompletem. Jeżeli coś ci się stanie, będę miała dość problemów na głowie, więc chociaż to mi z niej „spadnie”.

Niemąż bez słowa wręcza mi kluczyki, ale ten wzrok! Mogę liczyć tylko na to, że silne wrażenia zatrą w nim wspomnienie mojego pragmatyzmu.

I rzeczywiście: zatarły.

Ale ja czasem budzę się w środku nocy z koszmarnego snu, w którym ON patrzy na mnie, a jego oczy wyrażają bezbrzeżną urazę.

Obojętnie

7 komentarzy

Gniewam się z najsłuszniejszych pod słońcem powodów, jakie tylko kobieta może wymyślić. Toteż je wymyśliłam, a teraz jestem obrażona.
Po długiej i intensywnej kłótni o nic – prawie zapada rozejm. A „prawie”, jak powszechnie wiadomo, robi wielką różnicę, więc się gniewam.

ON: Idę do sklepu, co kupić?
Ja (obojętnie i zupełnie nieadekwatnie do ilości posiadanych zapasów): Nic! Jak coś kupisz do domu, to wyleci to przez drzwi razem z tobą! Papierosy sobie kup!

Od razu widać, że mam poważne powody, żeby się gniewać.

ON: Nie wygłupiaj się, co kupić?
Ja (obojętnie, ale już adekwatnie): Chleb.

ON ubiera kurtkę.

Ja (obojętnie i racjonalnie, lecz bez widocznego zaangażowania): I mleko.

ON ubiera prawy but.

Ja (obojętnie i nieśpiesznie): I proszek do prania dla dzieci.

ON ubiera lewy but.

Ja (tak obojętnie, że po prostu słychać, że nie zależy mi nic a nic): I makaron.

ON wychodzi, ja zostaję i pochlipuję przygnieciona nadmiarem niezrozumienia w atmosferze.

ON wraca z pokaźnymi zakupami. Przeglądam zawartość siatek zupełnie obojętnie.

Ja: A po co kupiłeś sok?
ON: No przecież dla ciebie…
Ja: Nie będę go piła.
ON: Ale jak to? Dlaczego?
Ja: Odchudzam się.

ON robi ze zdumienia głupią minę, której nie widzi, ale ja widzę, lecz pozostaję obojętna.

ON: Odchudzasz się nie pijąc soku?
Ja (kłamliwie, ale jakże obojętnie): Tak, on ma cukier.

Wygrzebuję z siatki paczkę ciastek. Patrzę na NIEGO oskarżycielsko.

Ja: A to co?
ON: Ciastka, twoje ulubione.
Ja: Nie chcę ich, one też mają cukier.
ON (zniecierpliwiony moją obojętnością): To je wyrzuć przez okno, chcę to zobaczyć!

Podchodzę z ciastkami do drzwi, wychodzę na ganek i ciskam nimi najdalej, jak potrafię. Spadają na krawężnik.

ON (z niesmakiem): I co ty zrobiłaś? To ja ciężko pracuję, żeby zarobić na ciastka, a ty je wyrzucasz?
Ja (niewinnie): Przecież chciałeś zobaczyć, jak je wyrzucam.

Zakładam buty.

ON: A teraz co robisz?!
Ja: Idę po nie.

W końcu są pewne granice rozrzutności, nawet tej dosłownej.
ON patrzy z niedowierzaniem, jak wnoszę paczkę ciastek z powrotem do domu. Zdobywa się jednak na komentarz.

ON (obrażonym tonem): Ale miałaś je wyrzucić przez okno.

Jaki drobiazgowy!

A o makaronie zapomniał.

Dzidzia

4 komentarzy

Ludzie lubią świat poukładany, w którym wiadomo, co do czego pasuje. Przyglądają się moim synom próbując ocenić, do kogo są podobni. Czasem próbują się w nich doszukać jakichś cech, które wydają się im szczególnie zabawne.
„To chłopiec?”, pytają. „Już się obraża?”
Ależ to zabawne, no, no.

Przecież to oczywiste, że skoro chłopiec, to się obraża. Starszy synek, o anielskim usposobieniu, też potrafi wykazać, że robienie testów DNA w celu potwierdzenia ojcostwa w tym przypadku jest całkowicie zbędne.

Ale może od początku. Od dwóch miesięcy, od kiedy pojawił się w domu młodszy potomek, wciąż bujam. Do znudzenia i do upadłego. Bujam leżaczkiem, wózeczkiem, bujam łóżeczko, bujam się w biodrach trzymając malucha w kołysce z ramion. To już nawyk.

Któregoś dnia wzięłam na spacer obu chłopców: młodszego w wózku z gondolką, starszego w spacerówce. Ponieważ szła ze mną niania, podzieliłyśmy zadania – każda pchała jeden wózek. Kiedy młodszy synek rozpłakał się w swoim wózku, zrobiłam to, co zwykle. Zaczęłam bujać. Po jakimś czasie młodszy przestał płakać, starszy zażyczył sobie, bym to ja popychała jego wózeczek.

Podczas spaceru robiłam, jak zwykle, zakupy. Wjechaliśmy gromadą do warzywniaka, ustawiliśmy się w kolejce… Nawet nie czułam, że stojąc przy wózku bez przerwy go kołyszę, zapominając, że zamiana sprzętu nastąpiła już jakiś czas temu.
Nagle mój syn odwrócił się w swoim wózeczku w moim kierunku. W zasadzie wszystko mogłam wyczytać ze zmarszczonych groźnie brwi i wykrzywionych usteczek. Obraził się.

Ja: Synku, co się stało?

A ON? ON wyseplenił przez zęby okrutny zarzut.

ON: Mama, psestań mnie bujać! Nie jestem dzidzia!

Akurat. Wszyscy jesteście dzidziami, nawet na emeryturze. Przekonasz się, Synu.

Umówiłam wizytę domową pediatry. Ma obejrzeć moich chłopców i zezwolić na szczepienia. Przy okazji rozwiać wszelkie moje wątpliwości, odpowiedzieć wyczerpująco na każde z listy pytań i pozostawić mnie w wyśmienitym nastroju z poczuciem, że niczego nie zaniedbałam.

ON owszem, przydałby się podczas odwiedzin lekarza, ale pilniejszy wydaje mi się zakup zimowego kombinezonika dla młodszej pociechy, która zmienia rozmiar garderoby średnio co dwa tygodnie. Dlatego wysyłam GO do centrum handlowego, którego nie widziałam od wielu tygodni i za którym tęsknię… No ale – są pewne priorytety. Wcześniej zadzwoniłam do 5-10-15, gdzie uzyskałam informację, że po pierwsze  – są kombinezony w odpowiednim rozmiarze, a po drugie – trwa zimowa wyprzedaż, co ma bardzo pozytywne przełożenie na ich cenę. Wysyłam więc mężczyznę prawie bez obaw.

Jednak wcześniej mam do niego pewną sprawę…

Ja: Kochanie, zostaw mi pieniądze na lekarza, na wypadek, gdyby przyjechał zanim wrócisz ze sklepu.
ON (tradycyjnie i zupełnie, jakby nie wiedział): Ile?
Ja: Mówiłam ci…
ON: Stówę, tak?

I wyciąga plik banknotów, na widok którego serce rośnie…

Ja: Zostaw mi więcej, na wszelki wypadek.
ON: A po co ci więcej? Na co chcesz wydać? Tylko zobaczyłaś pieniądze i od razu ci się oczy zaświeciły!

Rozglądam się niepewnie dookoła. Na co mi pieniądze? A na co mogę je wydać, siedząc w domu? Chyba faktycznie jedynie na „wszelki wypadek”, cokolwiek to jest.

Ja: Coś ci się pomyliło. To ty wychodzisz na zakupy, nie ja. To ty możesz kasę przepuścić na głupoty, a nie ja… Ja w domu to raczej nie zaszaleję, a jak przyjdzie pediatra i wyskoczy coś niespodziewanego, chciałabym być przygotowana.

ON jeszcze rozważa prostest, ale też rozgląda się niepewnie.

Ja (upewniam go): Tak, to ty wychodzisz do sklepu.
ON (skonfundowany): Hm. Pomyliło mi się.

Oj, złe nawyki ma facet, złe nawyki…

Zostawia dwieście złotych i czym prędzej oddala się w spokojniejszą część miasta.

Mój trzyletni synek jest aniołem. Rozsądny, racjonalnie myślący, w dyskusji stosuje logiczne argumenty, woli problemy rozwiązywać, niż… No właśnie.

Mój młodszy synek ma niespełna dwa miesiące. I już się obraża. Po Tatusiu.

Kiedyś, obłędnie zmęczona próbą zaspokojenia potrzeb całej rodziny składającej się w większości z osobników płci męskiej, próbowałam nakarmić go kotletem. Schabowym. To znaczy – próbowałam nakarmić starszego synka, ale mi się pomylili. Nawet przez moment dziwiłam się, że głodne przecież dziecko za nic w świecie nie chce otworzyć buzi, żeby przyjąć pokarm, aż wreszcie „przejrzałam na oczy” dosłownie i w przenośni, a widok, który się im ukazał, ciężko mnie przeraził. Otóż młodszy potomek wykręcał główkę na wszystkie strony, byle tylko uniknąć kontaktu z kotletem, starszy siedział obok i patrzył z niedowierzaniem, a wszystko obserwował ich Tata z niemym zdumieniem na twarzy. Przeprosiłam grzecznie wszystkich, ojciec moich synów parsknął śmiechem, starszy syn przyjął kotleta, a młodszy…

Młodszy popatrzył na mnie z taką odrazą, że przeszedł mnie dreszcz. Jakie to szczęście, że nie umie jeszcze mówić…
Choć już całkiem niedługo, jeszcze zanim wyrazi swoją niechęć werbalnie, będzie mógł majestatycznie wyraczkować z pokoju i trzasnąć za sobą drzwiami. Jestem pewna, że ma to w genach.

Wychodzenie po tatusiu, trzaskanie drzwiami po mamusi.

Niania

5 komentarzy

W opiece nad dziećmi pomaga nam niania. Niestety, nie SUPERNIANIA, lecz zwykła niania elektroniczna. Zdarza się, że prawdziwe, żywe nianie przyczyniają się bezpośrednio do porażek mam dzieci, nad którymi mają czuwać. Ale żeby taka elektroniczna…? A jednak.

Otóż pokłóciłam się z niemężem. Oczywiście o to, że zamiast po powrocie z pracy przejąć ode mnie część obowiązków, zasnął na łóżku w sypialni. Gdy z hukiem go stamtąd przegoniłam, przeniósł się z tym skandalicznym brakiem aktywności na kanapę na dole, a ja aż się zapowietrzyłam z oburzenia.

Po odpowietrzeniu uniosłam się honorem (szlag by trafił, co mi do głowy strzeliło, nie wiem do dziś) i postanowiłam nie poniżać się usiłowaniem dobudzenia niemęża, lecz zająć się dwójką – co ja mówię - ósemką dzieci samodzielnie. Najpierw zagoniłam dziesięcioro potomstwa na górę, gdy ich kąpałam na dwie zmiany, było ich już piętnastu, więc ubrałam ich w te dwadzieścia piżamek i uśpiłam na raty całe trzy tuziny młodocianych. Ale w końcu zasnęli i z przyjemnością mogłam popatrzeć na dwie spokojne i ciche, powtarzam – CICHE, twarzyczki.

Choć z wyczerpania bolał mnie każdy fragment ciała, a z irytacji i żalu – każdy skrawek ducha, obmyśliłam szybko plan zemsty. „Dziś nie zaproszę niemęża do naszego niemałżeńskiego łoża”, postanowiłam, a postanowienie to było o tyle nowatorskie, że dotychczas w podobnych okolicznościach robiło mi się chłopa szkoda około drugiej nad ranem, a wtedy go budziłam, pilnowałam mycia ząbków, siusiu i paciorka – i kładłam do łóżeczka u swego boku. „Nie tym razem”, ustaliłam w myślach sama ze sobą, a dotrzymanie tej obietnicy było o tyle proste, że nie miałam szans dotrwać do drugiej nad ranem w stanie przytomności. Zemsta miała być dwuwymiarowa. Po pierwsze: na kanapie niemąż miał się NIE wyspać, bo wiadomo, kanapa, to nie łóżko. Dodatkowo liczyłam na to, że ponieważ śpi w ubraniu, to będzie go uciskał pasek od spodni, podduszał krawat i piły ściągacze skarpetek. Po drugie: wątpiłam słusznie, jak się okazało, by facet zasypiający nagle i bez uprzedzenia oraz wcześniejszych ustaleń, nastawił budzik… Niemąż pracę rozpoczyna o siódmej, więc przy odrobinie szczęścia mogłam liczyć na to, że zaśpi, a spóźnieniem ściągnie na siebie dodatkowo gniew szefowej… Perfidny plan, wiem, ale jakże finezyjny.

I wytrzymałam. W nocy tylko kilka razy zeszłam na dół sprawdzić, czy ojciec moich dzieci nadal oddycha, po czym uspokojona wracałam do łóżka. O szóstej nasłuchiwałam budzika. Nie usłyszałam nawet jęknięcia. Na dole nikt nie wstawał, nikt się nie ruszał – byłam zachwycona własną przebiegłością. I nagle, za pięć siódma, w łóżku obok mnie kwęknęło dziecko. I drugi raz. Stęknęło głośniej. Zabrałam się za przewijanie, gdy ku mej rozpaczy na dole zaczęło się coś dziać. Działo się szybko, zaszumiało wodą w toalecie, trzasnęło drzwiami i tyle było mojej zemsty.

Przez niedopatrzenie zostawiłam włączony odbiornik elektronicznej niani, stojący przy kanapie, na której smacznie spał ON. A ON wyraźnie był w zmowie z młodszym synem.

Spóźnił się dziesięć minut! Nikt tego nawet nie zauważył! Klęska!

A na dodatek – obraził się.

ON (po powrocie z pracy do domu): Jak mogłaś mnie zostawić na tej kanapie na całą noc? Wszystko mnie teraz boli…
Ja: Ale przecież chciałeś spać. Przecież próbowałam cię namówić, żebyś nie spał… Wtedy uciekłeś na tę kanapę.
ON: No ale dlaczego mnie potem nie obudziłaś i nie kazałaś przyjść do łóżka?

(Bo obiecałam sobie, że znajdę sobie do tego łóżka takiego, który nie sypia w ogóle?)

Ja: Bo życzyłeś sobie świętego spokoju.
ON (z wyrzutem): Bo zawsze mnie w nocy budziłaś i myślałem, że teraz będzie tak samo.

Nie było. I nic już nie będzie takie samo po tamtej pamiętnej nocy…

W urażaniu samczej dumy należy zachować daleko idącą ostrożność. Działanie takie może zakończyć się dla śmiałka trwałym okaleczeniem psychicznym  – albo i fizycznym. Wymierzenie ciosu w ego mężczyzny-lekarza, w dodatku gdy się jest kobietą, to samobójstwo.

Moją pierwszą ciążę prowadził doktor, który nie wiedzieć czemu kojarzył mi się z Jerzym Stuhrem. Gdyby choć podobieństwo sprowadzało się do wyglądu, osobowości, poczucia humoru – ale nie. Podobieństwo nie sprowadzało się do kompletnie niczego, a moje skojarzenia można w prosty sposób wytłumaczyć burzą hormonów właściwą dla stanu błogosławionego. Konsekwencją tego skojarzenia była jednak sympatia, którą darzyłam pana doktora awansem. I która stała się pośrednią sprawczynią naszego „nieporozumienia”, że się tak eufemistycznie wyrażę.

Podczas którejś wizyty kontrolnej w siódmym miesiącu ciąży, zwróciłam uwagę pana doktora na obrzęki, które pojawiły mi się w różnych miejscach ciała i powoli acz konsekwentnie zmieniały mój kształt. A może raczej usiłowałam zwrócić, bo pan doktor nawet okiem w ich stronę nie rzucił, rzekł tylko, że w ciąży obrzęki są stanem naturalnym. Poczułam się zlekceważona, bo obrzęki były niebagatelne, lecz moja asertywność była akurat nieaktywna, więc grzecznie przyjęłam do wiadomości, że czas mojej wizyty dobiegł końca. Do następnej zostały cztery tygodnie.

Obrzęki rozkwitały, zaczynając mi utrudniać funkcjonowanie. Przestałam używać butów, przestałam zginać się w stawach, nie byłam również w stanie samodzielnie się ubrać. Traf chciał, że moi teściowie przyjaźnili się z panią doktor potrzebnej specjalizacji. Wystarczyło przejechać kilkadziesiąt kilometrów, by usłyszeć diagnozę: zatrucie ciążowe. I otrzymać propozycję pozostania w szpitalu. Z diagnozą się zgodziłam i pogodziłam, zgodzić się na pobyt w szpitalu z dala od domu już nie chciałam. Dostałam więc zalecenia, recepty i życzenia zdrowia.

Wróciłam do Gdańska, do swojego doktora. Wcześniej, jako znawczyni czułych punktów męskiej psychiki, obmyśliłam, jak sprawę przedstawić, by doktora broń Boże nie dotknąć, nie zranić, nie skrzywdzić…

Plan był następujący: umówię się na wizytę, pójdę z receptami i zaleceniami na kartce i powiem, że podczas kurtuazyjnej wizyty u teściów w dalekim mieście źle się poczułam. Jako że mieszkanie obok zajmowała pani doktor, została wezwana w trybie pilnym na konsultację i zwróciła uwagę na potencjalny związek mojego samopoczucia z rzucającymi się w oczy obrzękami. Wystawiła recepty, chciała zatrzymać w szpitalu, ale – i tu zawarty był kluczowy element mojego planu – ponieważ niezmiernie sobie cenię zdanie pana doktora i tylko jemu ufam, nie zrealizowałam recept, tylko czekam na jego bezcenną opinię. Liczyłam, że połechtana próżność skłoni go do troskliwego zajęcia się moim przypadkiem. Gdzieś się musiałam „rąbnąć” w obliczeniach, bo wyszło zgoła inaczej.

ON (opryskliwie): No to na co pani czeka, niech pani wykupi te recepty, skoro lekarz pani przepisał.
Ja (oszołomiona jego reakcją): Ależ panie doktorze, proszę choć spojrzeć, czy leki są właściwie dobrane!
ON: Jak lekarz pani przepisał, to niech je pani bierze!

Przecież musi być jakieś wyjście! On mnie źle zrozumiał (ależ dobrze mnie zrozumiał, konował!)…

Ja: Panie doktorze, do skorzystania z porady innego lekarza zostałam zmuszona przez okoliczności! Trudno jechać kilkadziesiąt kilometrów, gdy lekarz jest na miejscu, a ja się źle czuję! Ale, panie doktorze, ja nawet jednej tabletki nie wzięłam bez konsultacji z panem, więc niechże pan rozważy zasadność ich przyjmowania w moim przypadku! (A niech cię cholera, dziadu jeden. Przez ciebie plącze mi się język i drżą dłonie. A na dodatek zaczynam się bać, bo w końcu nie dyskutujemy ceny biletu na karuzelę, tylko jestem autentycznie chora!)

Zaczynam brzmieć rozpaczliwie – i tak się czuję, a on patrzy na mnie nad krawędzią okularów i spode łba.

ON: To niech pani wykupi te leki i je bierze, jak tak zalecono.

Nawet mnie nie bada!

Ja (kończą mi się pomysły): Ale, panie doktorze…

I pomysły się skończyły. Zaczynam nawet płakać, i to szczerze. A miało być tak miło. Miałam łechtać, ON miał być połechtany, a tu klops. Zbieram się do wyjścia.

Gdy już ubrana przekraczam próg gabinetu, ON nagle zatrzymuje mnie w drzwiach.

ON: Niech pani tu wróci, jeszcze ciśnienie pani zmierzę.

No jakie ja mogę mieć ciśnienie w tej sytuacji? Jedną rękę udostępniam do pomiaru, drugą ocieram łzy. A ON wreszcie robi coś uważnie.

ON (mściwie i z satysfakcją): Sto sześćdziesiąt na sto. Zostaje pani w szpitalu.

Po moim trupie.

Ustalam z NIM, że pojadę tylko do domu po rzeczy i uciekam stamtąd, gdzie pieprz rośnie. Godzinę później, już spokojna, mierzę ciśnienie w  przychodni rejonowej – jest w normie. Nie wracam do szpitala. Ani do mojego doktora.

Kilka tygodni później na porodówce modlę się, żeby nie trafić na jego dyżur. Nie trafiam. Ale spotykamy się, a jakże, na oddziale położniczym. Pan doktor, nadal obrażony, konsekwentnie udaje, że mnie nie widzi. I na tym kończą się nasze stosunki.

Mijają prawie trzy lata. Leżę sobie spokojnie tuż przed drugim porodem na oddziale patologii ciąży, gdy na obchód wchodzi mój „ulubiony” lekarz. Zagląda w kartę i coś mu świta.

ON: A pani to już u nas była, prawda?
Ja (ostrożnie): Prawda…
ON: Jakieś trzy lata temu…?
Ja (jeszcze ostrożniej): Ta-ak.
ON (uspokojony i odprężony uśmiecha się): Tak mi się wydawało, że już panią poznałem.

Oj, człowieku, poznałeś, z mojej najlepszej strony.

Gość w dom

3 komentarzy

Starcia na płaszczyźnie damsko-męskiej nie są niczym egzotycznym. O tym się mówi, o tym się pisze, a nawet dzieci w piaskownicy wiedzą, że dziewczynki są z Wenus, a chłopcy z Marsa, a wszyscy są kosmitami, jak się na nich z boku popatrzy.

ON obraża się na mnie, bo tak być musi, bo jest to zapisane w gwiazdach, genach i na noworocznej liście zadań. Ja obrażam się na NIEGO – dla przyjemności.

Jednak prawdziwe iskry lecą tam, gdzie ON obraża się na NIEGO. Gdzie dwaj samce zachowują się jakby walczyli o przywództwo w stadzie, względy najbardziej płodnej samicy, o pilota do telewizora, czy ostatnie piwo z lodówki.

ON naprawia trzeszczący domofon. ON to wyjątkowo nie mój samiec, ten mój się przygląda. Domofon trzeszczy i trzeszczy, podobno od roku. ON jest gospodarzem klatki schodowej. Odwiedził już prawie wszystkich sąsiadów sprawdzając, czy ktoś źle nie odkłada słuchawki. Dla zawężenia grona podejrzanych o awarię domofonów zarządził wymianę kilku aparatów na nowe. Swój wymieniał chyba ze dwa razy. Ze starego na nowy, z nowego na stary – i jeszcze w kilku konfiguracjach. Domofon konsekwentnie trzeszczy, więc gdy telewizja publiczna nie nadaje ciekawego teleturnieju, czy serialu, ON bierze śrubokręt i staje do nierównej walki.
Tym razem ma publiczność. Mój niemąż przygląda się z uwagą JEGO poczynaniom. ON widzi to i na początku nie reaguje, ale testosteron wkrótce nie pozwala mu zmilczeć, więc pada podszyta ironią propozycja.

ON: Może ty spróbujesz?

Niemąż odstawia piwo, bierze do ręki śrubokręt. ON pozbawiony narzędzia otwiera piwo dla siebie i zaczyna się przyglądać. Niemąż wkręca i wykręca śrubki, sprawdza wszystkie kable, odłącza ten aparat, by na jego miejscu zamontować ten nowy, a może stary – bo już nikt nie pamięta, „ile razy szpak był dziobany”… Domofon trzeszczy konsekwentnie, jakby nie zauważył, że teraz wziął się za niego fachowiec. Niemąż sprawdza niemal wszystkie opcje, które ON sprawdził przez rok prób, nie odwiedza jedynie sąsiadów. ON przygląda się bez ciekawości, w końcu to oczywiste, że udostępnił swoje pole działania wyłącznie przez grzeczność dla gościa. Gość prochu nie wymyśli, więc można spokojnie pić piwo. Czasem od niechcenia panowie wymieniają kilka technicznych uwag. Czas płynie leniwie i nic nie zapowiada nadchodzącej katastrofy. Jednak nagle niemąż wpada na pewien pomysł.

Niemąż: A sprawdzałeś zasilacz instalacji na strychu? Na moje oko te trzaski to efekt uszkodzenia zasilacza…
ON (bez lęku, a nawet z dozą politowania): Nie sprawdzałem.

Bo po co, skoro to nie to? Jednak by ostatecznie pognębić rywala postanawia pójść na strych i dowieść, że rywal się myli. Jednak rywal się nie myli, a ON popełnia taktyczny błąd.

Ja (piszę tu z mojej kobiecej pozycji) nie tknęłabym tam palcem niczego, a po powrocie upierała się, że wszystko działa. Rywal by poległ.
ON jednak nieopatrznie i beztrosko wymienia zasilacz na inny. Domofon przestaje trzeszczeć. Za późno, by się wycofać. Trzeba zatem wyjść z twarzą z tej żałosnej potyczki.

Oliwy do ognia dolewa niestety partnerka gospodarza, reagując entuzjastycznie na likwidację usterki. „Och, och, no kto by pomyślał, że ten niemąż Lilki sobie z tym poradzi, no zobacz kochanie, czyż on nie jest zdolny?” „Kochanie” tylko zaciska usta, by nie wypsnęło się żadne z tych słów, które przewraca na języku. Wystękuje jedynie ostateczny argument.

ON: Sam też bym do tego kiedyś doszedł.

Nie mam cienia wątpliwości. W końcu na strych miał całkiem blisko i skoro doszedł wcześniej do sąsiadów z niższych pięter, pewne jest, że zaszedłby i wyżej…

Niemniej, mimo ewidentnego wkładu w poprawę komfortu mieszkania i jakości życia gospodarza, z minuty na minutę stajemy się gośćmi niemile widzianymi, co pozwala się nam odczuć tym bardziej, że domofon skandalicznie NIE trzeszczy w samym centrum mieszkania, widoczny z każdego jego punktu, oprócz sypialni.

Ja (zaniepokojona zmianą atmosfery wokół naszej wizyty): Kochany niemężu, a może powiedz jakoś tak bardziej publicznie, że wpadłeś na to zupełnie niechcący, a nawet wyłącznie po telepatycznej sugestii gospodarza…? I że tak naprawdę, to wcale się nie znasz ani na tym, ani na niczym innym?

Niemąż patrzy na mnie z niechęcią. W końcu też jest samcem. I to usatysfakcjonowanym.
Moja sugestia raz wypowiedziana zaczyna żyć własnym życiem i wkrótce, jak na ironię, obydwoje słyszymy z ust gospodarza i jego partnerki, że żadne z nas nie zna się ani na domofonach, ani na niczym innym. Ale domofon, jakby nie patrzeć, nadal NIE trzeszczy. Niewierny.

Zmywam naczynia. ON donosi mi brudne kubki z pokoju, potem podejmuje próbę „ogarnięcia” pomieszczenia przed wizytą kolegi. Zabiera mi gąbkę, by wytrzeć blat stołu i nagle słyszę z pokoju głośne i soczyste przekleństwo. Po chwili ON wpada poruszony do kuchni.

Ja: Co tam się stało?
ON: Wyobraź sobie, że chciałem wytrzeć blat do sucha lnianą ściereczką, która leżała na fotelu.

Jezu, myślę, pomylił ścierkę z kotem? Ale nie.

ON: Biorę ściereczkę, a ona…

Zamieniam się w słuch.

ON (wzburzony): Ona była pełna okruszków!!!

Stoję jak wryta.

ON (powtarza z naciskiem): OKRUSZKÓW!!!

Patrzę na niego przez chwilę i wracam do nadzwyczaj dokładnego mycia tasaka do mięsa. Nie mam pojęcia, czemu mnie to uspokaja…

Sen

7 komentarzy

Śni mi się, że ON mnie zdradza. Nie dość, że zdradza, to jeszcze nie czuje z tego powodu najmniejszych wyrzutów sumienia. Ot, zdarzyło się.
Budzę się przygnębiona.

Opowiadam mu swój sen, prosząc na zakończenie, żeby mnie przytulił na pocieszenie. ON pozostaje niewzruszony.

ON: Śnią ci się jakieś głupoty. A w ogóle, to jakieś dziwne, kobiety, jesteście. Przecież to nie mydło i się nie zmydli – kończy, zadowolony z własnego żartu.
Ja: Ale mógłbyś mnie przytulić tak po prostu, bo cię o to proszę. Gdybyś mi się nie śnił, a poprosiłabym o przytulenie, też byś odmówił?

ON stosuje tę wypróbowaną metodę socjotechniczną: udaje, że jest głuchy i skrzętnie omija mnie wzrokiem.
Robi mi się jeszcze bardziej smutno. Kręcę się koło niego, dając mu szansę na kontakt, ale ON kontaktu unika.

W końcu jestem skrajnie rozżalona i składam obietnicę sobie i, na głos, jemu.

Ja: Poczekaj. Jak tobie się przyśni komornik, też nie okażę ci ciepła, zrozumienia i cię nie przytulę!

Albo była żona!


  • RSS